Co dziś powiedziałby Heinrich Böll?

Eva MenasseStephan Röhl. Autor/ka: Stephan Röhl. Creative Commons License LogoZdjęcie na licencji Creative Commons License.

„Kto dzisiaj czyta eseje polityczne, przemówienia, komentarze Bölla czy listy zamieszczane w rubryce „Od czytelników”, temu zaczepność, ostrość języka i sącząca się ironia zapierają dech w piersiach”, mówi austriacka pisarka i dziennikarka Eva Menasse w swoim podziękowaniu z okazji przyznania jej w 2013 roku Nagrody imienia Heinricha Bölla w Kolonii za wybitne osiągnięcia na polu literatury niemieckojęzycznej. Słowa te są trafne również dzisiaj, w setną rocznicę urodzin pisarza.

Eva Menasse

Co by powiedział na to Heinrich Böll? W odpowiedzi na ankietę pewnego tygodnika przeprowadzoną tuż przed ostatnimi wyborami do Bundestagu, w której 48 naukowców, artystów i intelektualistów – mniej lub bardziej wyraźnie, z mniejszą lub większą dumą – oficjalnie przyznało się do nieuczestnictwa w wyborach. W uzasadnieniu jedna czwarta ankietowanych osób wypisywała egocentryczne komentarze typu: „Byłem tak niezdecydowany, jak rzadko kiedy”, mimowolnie śmieszne zdania w rodzaju: „Dawniej wierzyłem jeszcze w partie”, nieprzemyślane wątpliwości w stylu: „Jak człowiek ma na tak niezróżnicowanym polu podjąć jakąkolwiek decyzję?” czy też godne politowania frazesy takie jak: „Najlepsze, co teraz mamy, to wymuszona solidarność wśród nas, zmęczonych wyborców”?

Co by powiedział Heinrich Böll na wielki esej poważanego naukowca, w którym ten z niezwykłą elokwencją wypowiedział wiele słusznych, krytycznych słów dotyczących bardzo skomplikowanych zjawisk politycznych, po to tylko, by jak mantrę powtarzać trywialny wniosek, iż jedynym wyjściem jest niechodzenie na wybory?

Co by powiedział Heinrich Böll, widząc, że media nie tylko przekazują, lecz z rozkoszą rozpowszechniają owo niesamowicie modne zniechęcenie do polityki, owo lenistwo umysłowe i niechęć do podejmowania decyzji, czyniąc właśnie z osoby nieuczestniczącej w wyborach supergwiazdę, której okazuje się absolutną wyrozumiałość, zaprasza na wywiady i pyta o powody takiego zachowania? Widząc, że media, w których moderatorzy również w ambitnych programach kreują się na nieubłaganych oskarżycieli, pokazują politykom, co do których i tak istnieją pewne zastrzeżenia, wydobyte ze niezgłębionych archiwów cyfrowych ich wcześniejsze błędne posunięcia, łzy i nieprawdziwe obietnice? Widząc, że media, które kandydatowi na stanowisko kanclerza, wypowiadającemu się na temat posunięć dotyczących kwestii równouprawnienia, szyderczo odtwarzają oryginalne nagrania kobiety o tym,  że nie podobają się im po prostu kąciki ust tego kandydata?

Co by powiedział Heinrich Böll na temat opinii publicznej, w przypadku której resztki rzeczowej polityki rozpuściły się jak w homeopatycznym roztworze cukru, bo tak naprawdę chodzi tylko o błahostki, sposób ułożenia palców, naszyjniki i o to, jak się ktoś „prezentuje”, a nie o to, czy ma coś do powiedzenia?

Co by powiedział Heinrich Böll o obecnej sytuacji w swoich Niemczech? Po siedemdziesięciu latach pokoju kraj ten stał się jednym z najbogatszych i najpotężniejszych państw świata, gdy tymczasem na świecie, nie tylko w Syrii, dzień w dzień tysiące ludzi podejmują ucieczkę, a setki umierają, gdy tymczasem dziesiątki, a w złą pogodę nawet setki uchodźców regularnie toną w morzu między Afryką a Europą, ci nieliczni zaś, którym udało się ocalić skórę i dotrzeć do nas, wolą już wkrótce prowadzić w naszych kościołach strajk głodowy, aniżeli wieść bezsensowny i beznadziejny żywot azylantów, wprawdzie nakarmionych, ale pozbawionych jakichkolwiek perspektyw. Co by powiedział Böll na takie Niemcy, które wysiłek intelektualny podejmują najchętniej wtedy, gdy chodzi o obronę własnej bezczynności i usprawiedliwienie własnej, dławiącej nudy?

Nie umiem Państwu powiedzieć, co by powiedział Heinrich Böll, jedno jest wszakże pewne – Heinrich Böll coś by powiedział, i to wcale nie lapidarnie. Ten człowiek, który w wieku dwudziestu ośmiu lat wydostał się z okopów zbrodniczej wojny i w latach powojennych żądał od siebie i od swojej rodziny, aby raczej głodowali, niż żeby miał się on wyzbyć swojej wolności jako niezależny pisarz, ten samouk, który w pierwszych latach potrafił tylko jak opętany spisywać swoje straszliwe przeżycia i który obok Wolfganga Borcherta pierwszy wystawił pomnik bezsensownie eksploatowanym żołnierzom i pomordowanym Żydom – on wolałby za życia raczej popełnić błąd niż milczeć. On by nigdy nie pozwolił na to, aby rzekomo życzliwi doradcy i komentatorzy branży literackiej mówili mu, że pisarzowi nie wypada wypowiadać się na temat aktualnej sytuacji. Że to się może zemścić, już przy następnej książce. Że polityczne wypowiedzi to pycha ze strony kogoś, kto przecież  raptem coś tam napisał.

Na czym, szanowny autorze, szanowna autorko, polega Państwa ekspertyza, że pozwalają sobie państwo na wypowiedź? Czy w Państwa szufladach znajduje się jakaś koncepcja systemu emerytalnego? A może jakiś lepszy pomysł na rozwiązanie kryzysu finansowego? Czy chcą Państwo tym aktualnym politycznym, a wręcz partyjnym brudem zniszczyć sobie delikatne dłonie poety? No więc. Niech Państwo zostawią to nam, etatowym komentatorom, którym płaci się za to, żebyśmy dzień w dzień mieli świeży pogląd na sprawę i nie zawahali się go użyć. A jeśli chodzi o rekomendacje wyborcze, to przecież co cztery lata z pomocą przyjdą nam gwiazdy sztuki fryzjerskiej i serialowi celebryci.

Heinrich Böll pisał o wolności pisarza: „Trzeba posunąć się za daleko, aby się zorientować, jak daleko można się posunąć”. Była to maksyma Bölla, podobnie jak o dziesięć lat młodszego Güntera Grassa. Obaj wyszli z wojny po stronie winowajców, zaczęli pisać na gruzach, na gruzach swoich miast, jak również na gruzach wszystkiego tego, co kiedyś stanowiło o Niemczech jako o idei narodowej, o miejscu wysoko postawionej kultury i cywilizacji – zanim kraj ten wynalazł komory gazowe.

Energia Bölla i Grassa, przejawiająca się w tym, by mocą słów uczynić swój kraj innym, lepszym, była ogromna i onieśmielająca. Kiedy się postarzeli, a ich energia wcale się nie wyczerpywała – podczas gdy kraj cudu gospodarczego nie chciał już, by przypominać mu o „godzinie zero” – obaj zaczęli naraz sprawiać wrażenie dziwaków.

Nagle nikt już nie chciał być taki jak oni, bo ci dwaj wydawali się zrzędami, przemądrzalcami i apostołami moralności. Nagle nikt już nie chciał wkraczać na publiczną arenę, którą oni dopiero co wywalczyli dla pisarzy i intelektualistów – co wprawdzie brzmi paradoksalnie, ale jest naturalnym cyklem historii jak przypływ i odpływ.

Nastała nowa epoka, która niszcząco osądziła Bölla i Grassa, nazywając ich, jak to zrobił Rainald Goetz, „stetryczałymi męczyduszami”. Na ten rodzaj brutalizacji języka można by zresztą odpowiedzieć cytatem z Bölla: „Mam nadzieję, że Twoja lodowata ironia ostudzi poczucie wyższości”. W każdym razie wtedy ostatnie słowo w intelektualnych debatach publicznych zaczęło należeć wyłącznie do dziennikarzy.

Od tamtej pory para pisarz – polityka stanowi połączenie, które trudno sobie nawet wyobrazić. Samo pokazywanie się w pobliżu polityków czy różnych partii uchodzi za przestarzałe i kłopotliwe. Również samo pojęcie „zaangażowanie polityczne” kojarzy się z jakąś niekontrolowaną nerwowością, jakby politycznie zaangażowana osoba była nieopanowanym dzieckiem, które niestety ciągle jeszcze za mało wie. Jeśli dobrze przypuszczam, niemożliwość pogodzenia tych dwóch sfer raczej się nasiliła po ponownym zjednoczeniu Niemiec, chociaż z całkiem przeciwstawnych powodów. Podczas gdy koledzy z NRD mają za sobą szczególne doświadczenia związane z sytuacją przymusu, konfiskatami i pisarstwem pod dyktando państwa, Heinrich Böll – zważywszy na upływ czasu oraz związane z nim nieścisłości i uproszczenia – wyglądał nieomal jak (demokratyczny) pisarz państwowy zacnej, starej Republiki Bońskiej.

Nic bardziej mylnego. Heinrich Böll był wielkim moralistą, chociaż i to słowo z punktu widzenia dzisiejszego koniunkturalizmu stało się obraźliwe, ponieważ nawet moralność niekiedy wychodzi z mody – ale był także wspaniałym polemistą i przekornym duchem. Kto dzisiaj czyta jego eseje polityczne, przemówienia, komentarze czy listy zamieszczane w rubryce „Od czytelników”, temu zaczepność Bölla, ostrość języka i sącząca się ironia zapierają dech w piersiach. Jest w nich bojowy ton, ton, którego dzisiaj już się prawie nie słyszy i nie czyta, nawet wtedy, gdy zwalczają się zwaśnieni felietoniści.

W porównaniu z tym aktualny dyskurs w Niemczech zastygł w rytualnej uprzejmości. Nikt właściwie nie zagrywa tak ostro, również ad personam, wystawiając się równocześnie dzięki uczciwemu używaniu zaimka osobowego „ja” na ataki, jak czynił to Böll. Można było pomyśleć, że Heinrich Böll, który przeżył dyktaturę nazistów i wyniszczającą wojnę, świadomie i na zawsze odłoży wszelką broń. Że uniknąwszy dyktatury masowych morderców, będzie od tej pory zdecydowany – pisząc i protestując – sprawdzać na własnej skórze przydatność młodej demokracji, to, czy jest „prawdziwa” i rzeczywiście nie przerodzi się w coś, co znamy z przeszłości, czy też może uda się jeszcze ujawnić pozostałości autorytaryzmu oraz zakazów myślenia i mówienia.

Böll w dosłownym sensie „zaangażował się” w ten sprawdzian przydatności demokracji. Nie musiał wprawdzie, jak podczas wojny, narażać życia, ale naraził wystawił na ciosy – swoją osobę, sławę i znaczenie pisarza oraz laureata Nagrody Nobla. Kiedy zaczął się terror RAF-u, całkiem sam usiłował w klimacie totalnej społecznej i politycznej histerii zwracać uwagę na zgubny wpływ mediów na wywoływanie tych emocji.

W zamian za to prasa Springerowska zgotowała mu kampanię nienawiści, zniesławiła go jako sympatyka terrorystów i zafundowała mu słynną akcję policyjną – dom Bölla został obstawiony przez ciężko uzbrojonych policjantów i przeszukany pod zarzutem przetrzymywania przezeń członków siatki terrorystycznej. Bardzo go to dotknęło i rana ta nie zagoiła się do śmierci pisarza.

Sprawa Bölla z 1972 roku nadal stanowi pouczający przykład, który pokazuje, że w stanie radykalizacji nastrojów nikt nie rozumie uspokajających i deeskalujących tekstów i że wszystko, co się mówi i pisze w takiej atmosferze, przypisuje się po prostu jednej lub drugiej stronie. Jeśli nie jesteś za mną, jesteś przeciw mnie. To straszliwy przykład, jak nagle bez śladu może zniknąć wypośrodkowanie i umiar. „Jedenaście milionów obywateli Republiki Federalnej Niemiec siorbie codziennie polityczno-pornograficzny cynizm >Bilda<”, pisał Böll. „Wiem, że panuje teraz taka moda, by uważać prasę Springerowską za coś, o czym się nie dyskutuje. Ja nie mogę sobie pozwolić na ten intelektualny luksus”. Intelektualny luksus, który jest tylko synonimem tchórzostwa. To właśnie jest on, cały Böll, przemawiający do mnie językiem, który do dzisiaj nie stracił nic ze swoje aktualności, Böll, od którego po dziś dzień można się tak wiele nauczyć. Czytając go, zaczynam na nowo rozumieć różnicę między profesjonalnymi komentatorami aktualnych wydarzeń, dziennikarzami, lobbystami i politykami a nami, pisarzami.

Jesteśmy bowiem samotni – nie stoją za nami żadne wydawnictwa prasowe, żadne koncerny ani żadne partie. Jedyna siła, jaką mamy, to nasz głos i nasza nadwrażliwość, podatność na zranienie. Jesteśmy komicznymi dziwakami siedzącymi w cichych gabinetach, wzbraniamy się przed akceptacją zawrotnej prędkości świata biznesu, przed akceptacją absurdalnego postulatu inteligencji zbiorowej i rzekomego braku alternatywy dla setek niebezpiecznych procesów. Nie śpieszymy się i przychodzą nam do głowy dziwne, staroświeckie myśli. Mamy dystans i potrzebujemy go. To właśnie jest nasza ekspertyza, przesłanka innego, miejmy nadzieję, swobodniejszego spojrzenia.

Może to właśnie artysta, który wypowiada się na tematy polityczne, jest jedyną autentyczną, polityczną postacią. Inni mówią jak zawodowcy. My natomiast wypadamy z przyrodzonej nam roli i gdy tylko zaczynamy się zajmować publicznie światem spoza naszych utworów, stajemy się osobami prywatnymi o cieniutkiej skórze.

Jest to niebezpieczne, nieprzyjemne i nie każdemu się podoba. Jest to także próba odwagi, bo już niejednego pisarza przyprawił o zgubę pięknie sformułowany fałsz, który pamięta mu się jeszcze po latach, podczas gdy na komunały niestrudzonych mówców codziennie nakładają się kolejne. Nie trzeba nas za to podziwiać. Jedyne, czego musimy się usilnie domagać, to traktowanie nas poważnie, równie poważnie, jak wszystkich innych. I żeby nie uznawano nas za osoby aroganckie lub nieuprawnione do wygłaszania komentarzy. Albo też, mówiąc słowami Heinricha Bölla:

„Kim są pisarze? Także obywatelami, tyle że wypowiadającymi się. Nikim więcej. Jestem przeciwny czczeniu bohaterów, pomnikom, wyidealizowanym wizerunkom i ikonom”.

W swojej ostatniej powieści o błyskotliwym tytule Opiekuńcze oblężenie Heinrich Böll opisuje klaustrofobiczny świat totalnej inwigilacji. Grupka bogaczy i możnych ma dzień i noc zapewnioną ochronę. Dlaczego? Bo trzeba zapobiec zamachowi.

Im doskonalsza jest jednak sieć metod mających zapewnić im bezpieczeństwo, tym bardziej czują się zagrożeni. Te wyrafinowane środki ostrożności powodują głęboki psychiczny niepokój. W każdym kącie stoi ktoś uzbrojony i towarzyszy człowiekowi nawet do toalety. Chronieni w ten sposób ludzie zostają kompletnie pozbawieni prywatności, ich telefony są podsłuchiwane, listy czytane, kontrolowany poddano każdy ich krok i każdy przejaw życia znajduje odzwierciedlenie w sporządzonej notatce służbowej.

Taka wszechobecna kontrola prowadzi do powstania ogromnych skutków ubocznych. Jeśli bowiem pracownik służb specjalnych i jego przełożony wiedzą o kimś wszystko, wie to również zmiennik danego strażnika i zastępca przełożonego, wiedzą to komitety, które spotykają się regularnie, aby oceniać skuteczność zastosowanych środków bezpieczeństwa. Im więcej osób coś wie, tym łatwiej o przecieki. O luki w systemie bezpieczeństwa, ale też zwykłe wycieki informacyjne. Bohater powieści, Fritz Tolm, został multimilionerem dzięki wydawaniu brukowca „Gazetka”, ale oczywiście wśród wydawców takich szmatławych piśmideł istnieje konkurencja. I bezlitośnie wykorzystuje ona prywatne informacje na temat Tolma i jego rodziny.

To jest najwspanialszy manewr Bölla w tej powieści. Pokazuje on bowiem, że z gruntu przesadna obsesja zapewnienia bezpieczeństwa obraca się jak za sprawą czarodziejskiej różdżki przeciw tym, którzy uruchomili tę procedurę. Ludzi śledzonych i prześwietlanych udaje się wprawdzie uchronić przed zamachami, ale nie mają oni ani sekundy spokoju i nieuchronnie stają się ofiarami szantażu oraz publicznego upokorzenia.

Panie i Panowie, z pewnością dostrzegają Państwo podobieństwa. Nie muszę Państwu mówić, dlaczego ta powieść jest dzisiaj prawdopodobnie jeszcze bardziej aktualna niż w czasach jej powstania. Nie muszę Państwu przypominać o obecnych możliwościach technicznych, które w tak błyskawicznym tempie uderzyły nie tylko w nasze poczucie pewności i wrażliwość, ale przede wszystkim w nasze zasady prawne, że w ogóle jeszcze nie zrozumieliśmy wynikających z tego implikacji. Wciąż myślimy, że naszym największym problemem jest wszechobecny na świecie publiczny pręgierz, na który mówi się dzisiaj „hejt”, pręgierz ustawiony po raz pierwszy od czasów średniowiecza i, ach, jakże demokratycznie, będący w każdej chwili do dyspozycji dowolnej osoby. A przecież tuż za rogiem czai się o wiele większe niebezpieczeństwo. Tak monstrualne i niepojęte, że nie mieści się nawet w naszej wyobraźni, a mimo to jest już przedmiotem wyliczeń dokonywanych przez nasze komputery.

Po wspólnym przeżyciu wielomiesięcznej grozy zrozumieliśmy już bądź co bądź, że jesteśmy śledzeni, my wszyscy, Państwo i ja, a nawet pani kanclerz Niemiec, bardzo troskliwie i niepostrzeżenie. Wszystkie nasze dane są w posiadaniu koncernów i tajnych służb. Do tej pory nie wiadomo, kto i co dokładnie o nas wie, ale nieszczęście kryje się już w kolejnym kroku – bardzo nieodległa wydaje się przyszłość, kiedy za pomocą techniki będzie można bezprawnie połączyć wszystko ze wszystkim. Dane dotyczące zdrowia, przechowywane przez kasy chorych, zakupy, zapisywane dzięki kodom kreskowym i opłacaniu ich kartami kredytowymi, profile naszej mobilności, jako że przecież wszyscy mamy telefony komórkowe i GPS-y, książki adresowe, połączenia telefoniczne, ruchy na kontach i treści e-maili. Gdy tylko uda się to wszystko ze sobą powiązać – a przecież od dawna jest to już gdzieś zapisane – będziemy nadzy. Albowiem te informacje oddadzą dość dokładny wizerunek nas samych – naszych skłonności, upodobań, żądz i tajemnic.

Zrozummy to wreszcie – jesteśmy wprawdzie ludźmi z krwi i kości, ale staliśmy się także wiązkami danych. Dane, które kursują na nasz temat, potrafią opisać nas bez pominięcia niemal żadnego szczegółu. I są one – a tym samym my jako osoby – łatwym łupem. Jeśli chodzi o dane, żyjemy na Dzikim Zachodzie, gdzie obowiązuje wyłącznie prawo silniejszego, który dysponuje lepszymi programistami i posiada pamięć większej pojemności.

Chociaż za życia Heinricha Bölla nie było jeszcze Internetu, zdaje się, że nasz laureat Nagrody Nobla to wszystko przewidział. Albowiem owo szaleństwo, ku któremu zmierzamy prostą drogą, jest wynikiem bardzo konkretnej, toksycznej kombinacji rozpasanego kapitalizmu (czyli koncernów gromadzących nasze dane, które pozwalają jeszcze lepiej przewidywać nasze zachowania konsumenckie) i obsesji bezpieczeństwa (czyli tajnych służb, gromadzących nasze dane według dość rozpaczliwej logiki: kto wiezie do domu cały stóg siana, gdzieś tam w środku ma na pewno terrorystyczną igłę). Pozbawione skrupułów media sprzyjają tymczasem wzrostowi obsesji bezpieczeństwa zupełnie tak samo, jak za czasów Bölla. Wszyscy pozwalamy, aby bez przerwy nam wmawiano, że jesteśmy w najwyższym stopniu zagrożeni, nie przez wypadki w czasie wolnym od pracy (o czym świadczą statystyki), nie przez wypadki drogowe (o czym również świadczą statystyki), lecz przez terrorystów. I dlatego niczym sparaliżowani patrzymy, jak krok po kroku przestają obowiązywać demokratyczne prawa podstawowe, o które walczyliśmy przez stulecia – prawo do prywatności, domniemania niewinności, tajemnicy korespondencji czy uczciwego procesu, którego od wielu lat odmawia się na przykład osobom uwięzionym w Guantanamo.

Najciekawsze jednak jest to, że teraz, gdy naprawdę po raz pierwszy podkopuje się fundamenty naszych zachodnich demokracji, pisarze zaczynają się ponownie zachowywać tak, jak dawniej Heinrich Böll. Zabierają głos, pokazują swoje twarze, wychodzą na zewnątrz, czynią wrzawę i wystawiają się na ataki. Jest to jedyna dobra wiadomość, gdyż w ten sposób dziedzictwo Bölla nie wydaje się całkiem zaprzepaszczone. Najwyraźniej została przekroczona granica bólu w przypadku ludzi z mojej branży, którzy wszakże żyją nie tylko ze słowa pisanego, listów, tekstów i komunikacji, lecz chcąc w ogóle być pisarzami, przede wszystkim „muszą umieć ekstrapolować”, jak to kiedyś sformułowała Katja Lange-Müller. Bo to właśnie robimy codziennie, pisząc. To, co jest, intelektualnie przenosimy w przyszłość we wszelkich możliwych odmianach. Nasze zajęcie polega na opisywaniu tego, co by było, gdyby. I dlatego wolę być oburzoną pisarką niż spokojną osobą, niebiorącą udziału w wyborach.

Dlatego też gdy pojawiły się doniesienia Edwarda Snowdena, pisarze, którzy zaczęli protestować – zresztą nie tylko w Niemczech – stali się pierwszymi wielkimi bohaterami naszego niedawno rozpoczętego stulecia. Kiedy przed dwoma miesiącami kilkadziesięcioro niemieckich pisarzy i poetów zaniosło osobiście do urzędu kanclerskiego prawie siedemdziesiąt tysięcy podpisów obywateli, którzy poparli nasz protest i żądanie wyjaśnień, ośmieszyliśmy się znowu wszem i wobec, co bezzwłocznie oznajmiono nam wszystkimi kanałami. „Pyszałkowate i zawstydzające” – powiedział pewien sławny aktor. A gdzie to powiedział? Oczywiście w jakimś talk-show. Bynajmniej nie na ulicy w strugach deszczu.

Anke Bastrop, młoda poetka, napisała w odpowiedzi na te słowa porywający tekst, którego fragment pragnę Państwu przeczytać:

„Chciałam tam stanąć – w całej dumnej kruchości, w całym tym człowieczeństwie, które tak łatwo zaatakować i zranić. Bez poczucia bezpieczeństwa, jakie dają parady, fanfary i megafony. Tak, jak każda jednostka staje naprzeciw świata. Niewiele ma to wspólnego z pychą, wiele natomiast z nagością. Chciałam tego – chciałam wystawić się na zranienie. Tak, jak wystawiamy się na zranienie w świecie wirtualnym”.

Jest to, innymi słowy, ziarno Heinricha Bölla, które przetrwało wiele zim i znowu zaczyna wschodzić. Cokolwiek Państwo zrobią, proszę pomyśleć o słowach Bölla: „Panie pułkowniku, my nie zagrażamy demokracji, my czynimy z niej użytek”. Czyńmy użytek z naszej demokracji. Rezygnacja z niej to jedyne, czego nam nie wolno.

 

Tłumaczenie z języka niemieckiego na polski za uprzejmą zgodą Autorki i wydawnictwa Kiepenheuer & Witsch.

All rights reserved.

Dodaj nowy komentarz