Alt-Right, czy ruch alternatywnej prawicy będzie ideowym zapleczem polityki USA

Kask policyjny  z napisem 1984Autor/ka: Nicholas Komodore. Creative Commons License LogoZdjęcie na licencji Creative Commons License.

Donald Trump, który zaczął od słów „właśnie skończyła się w Ameryce rzeź”, jako pierwszy w historii nie wykorzystał inauguracji do godzenia waśni i ponownego zjednoczenia. Przeciwnie. Wzmógł konfrontacyjne nastroje i wolę toczenia sporu. Jasno dał do zrozumienia, że nastały czasy Alt-Rightu.

Radosław Korzycki

Umberto Eco w 1995r. w słynnym felietonie „Ur-Fascism” wymienił 14 cech wspólnych dla przekonań i ideologii prawego skraju spektrum politycznego. Ruch alt-right (od „alternative right” - alternatywnej prawicy) wypełnia je praktycznie wszystkie, ze szczególnym naciskiem na kult tradycji, odrzucenie nowoczesności, pogardę dla słabszych i związany z nią kult „machismo”.

Altrightowcy pragną powrotu do mitycznych czasów, kiedy biały mężczyzna trzymał jeden but na gardle czarnego niewolnika, drugi na karku swojej żony a w rękach dzierżył strzelbę Winchester, z której strzelał do Indianina. To, że takie atrakcje były udziałem bardzo małej części białej, męskiej populacji USA w XIX wieku, alt-rightowcom nie przeszkadza, bo wraz z nowoczesnością odrzucają oni metodę naukową i racjonalizm. Ten ideał uosabia ich zdaniem Donald Trump.

Kierują się głównie tym co mają w sercu, lub, tłumacząc dosłownie angielski frazeologizm, „w bebechach”, a nauka to jeszcze jeden sposób, w jaki establishment niewoli społeczeństwo.

Eco zastanawiał się też w swoim felietonie, dlaczego wszystkie takie ruchy nazywamy właśnie „faszyzmem”, a nie „frankizmem” lub „nazizmem”. Doszedł do wniosku, że to przez amorficzną i niespójną formułę poglądów faszystów, gdzie dało się upchnąć prawie wszystko. Podobnie ruch alt-right asymiluje wszystko i wszystkich: Od Jacka Donovana, homoseksualisty zaszczepiającego w ruchu alt-right kult męskości po zadeklarowanych nazistów ze środowisk „1488”, gdzie 14 to nawiązanie do „czternastu słów”, cytatu z założyciela Amerykańskiej Partii Nazistowskiej George’a Rockwella a 88 to zaszyfrowane „Heil Hitler”.

W kanonie altrightowców znajdują się wszystkie „wartości”, które z jakiegoś powodu nie mieszczą się w głównym nurcie debaty. Porozumienie znajdują tam tradycyjni twardogłowi neonaziści, apologeci wyższości białej rasy, antysemici, zwolennicy zrzucenia na Syrię napalmu, obsesyjni kolekcjonerzy dowodów na to, że światem rządzą masoni lub iluminaci, mizogini snujący wizje o poddaństwu kobiet, ideolodzy permanentnej, toczonej do końca świata wojny kulturowej, a także skromni na tym tle przeciwnicy szczepionek. Kanwą do wspólnego działania jest podstawowa potrzeba: obalić i rozdrapać liberalizm, a jego strzępy zakopać tak głęboko by ślad po nim nie pozostał.

Kiedy wiele lat temu Richard Dawkins wymyślił słowo „mem”, zapewne nie przypuszczał jak niesamowitą karierę ono zrobi. Ruch alt-right jest bardzo żywy w Internecie, w czasie kampanii Donalda Trumpa memy z Pepe The Frog, nieformalnym symbolem ruchu, stały się ogromnie popularne. Jest to podobne zjawisko jakie obserwujemy w Polsce w związku z internetową popularnością Janusza Korwin-Mikke. Pepe to główny bohater „wielkiej wojny memowej”.

Głoszenie szokujących i niezweryfikowanych, albo wręcz w całości kłamliwych tez popłaca. Łatwo takie krótkie hasełka przerobić na obrazki i puścić w mediach społecznościowych. Zmienia się tylko cel ataku: w USA Meksykanie zjedli kiedyś wszystkie chronione łabędzie w rezerwacie, w Niemczech w pierwotnej wersji byli to najpierw Polacy, a później „uchodźcy”.

Kolejny element kultury internetowej obecny w ruchu alt-right to trolling. Zjawisko trollingu polega na prowokowaniu przeciwnika, poprzez agresywne, kłamliwe lub w jakikolwiek sposób irytujące komentarze. Modelowym trollem w służbie alt-right jest Milo Yiannopoulos, Brytyjczyk greckiego pochodzenia piszący dla serwisu Breitbart, internetowego agregatora treści alt-rightowych. W serwisie Beitbart przeczytamy, że światem rządzą iluminaci będący jednocześnie żydami i muzułmanami, a Barack Obama jest wymiennie antychrystem bądź przebranym jaszczurem.

Milo Yiannopoulos, będąc zdeklarowanym gejem, w swoich tekstach określa się mianem „faggot”, które jest odpowiednikiem polskiego słowa „cwel”. Taka wysokich lotów prowokacja to jednak tylko przystawka w jego rozległym menu. Uważa on, że walka z przemocą wobec kobiet w siłach zbrojnych to zwycięstwo ISIS, a Trump ocali amerykańskie uniwersytety przed lewactwem i feminizmem, by wymienić dwa z ostatnich dni. O tym, że Milo jest profesjonalnym trollem, a nie zwyczajnym głupkiem może świadczyć fakt, że odbywa po stanach tournée z wykładami. Wyborcy Trumpa ubrani w jeansy, dresy i bluzy z kapturem, w przeważającej większości mężczyźni po trzydziestce, płacą, żeby posłuchać zniewieściałego chłopaka w błyszczącym garniturze, który tłumaczy im, że lewactwo i feministki zabrały im męskość. To już jest meta-trolling!

Łącznikiem między Yiannopoulosem a Trumpem jest Stephen Bannon. Ten 64-latek zarobił duże pieniądze pracując w banku inwestycyjnym Goldman Sachs. Potem zaczął inwestować na rynku mediów elektronicznych, czyli w... Breitbart. Latem, po kolejnej serii przetasowań w swoim sztabie wyborczym Donald Trump mianował Bannona szefem swojej kampanii. I to był przełomowy moment dla ruchu. Biznesmen napisał swojemu szefowi słynne już przemówienie wygłoszone w sierpniu w Palm Beach na Florydzie, w jakim zręby ideologii altrightowców połączyły się z programem wyborczym Trumpa. I tak świat o nich usłyszał. Jedną z pierwszych decyzji prezydenta-elekta było mianowanie Bannona szefem doradców Białego Domu.

Ale najbardziej wyraźnym i charyzmatycznym przywódcą ruchu jest 38-letni Richard Spencer, szef National Policy Institute – quasi think tanku promującego idee białego suprematyzmu. To on jest pomysłodawcą nazwy alt-right.

Na inauguracyjnym spotkaniu Alt Rightu z dziennikarzami, które odbyło się na początku września w waszyngtońskim Willard Hotel była ledwie garść kobiet. Richard Spencer przyznał wówczas, że stanowią one nie więcej niż jedną piątą ruchu. I tłumaczył, że to „naturalna kolej rzeczy”, bo, jego zdaniem, są to istoty manipulujące, które trzeba poskromić i podporządkować mężczyznom. W czasie pierwszej debaty między Trumpem a Hillary Clinton zatwittował: „(Kobiecie) nigdy nie powinno się zezwalać na to, by prowadziła politykę zagraniczną. To nie o to chodzi, że jest słaba. Przeciwnie – jej wola zemsty nie zna granic”. Podczas nieformalnego bankietu po konferencji w Willard Hotel po drinku wyznał zebranym, że te dziewczyny, które kręcą się wokół alt-rightu, są tam dlatego, że szukają partnerów posiadających geny samca alfa i zdolnych do produkcji spermy alfa. Jeden z jego organizacyjnych adiutantów dodał, że warto by wreszcie napisać książkę o tym, jak liberalne feministki w głębi duszy marzą o takim facecie jak Richard Spencer”.

Kiedy w październiku wybuchła afera z taśmami Trumpa, na których można było m.in. usłyszeć, jak to ówczesny kandydat na prezydenta mówi, że lubi „chwytać od razu za krocze” oraz „nie tyka kobiet, które skończyły 35 lat”, altrightowski lider oświadczył, iż ma Trumpa za dżentelmena, bo jest wobec kobiet wyjątkowo delikatny. „Każda z nich fantazjuje, żeby być wziętą przez silnego, konkretnego mężczyznę”, dodał.

Spencer nienawidzi liberalnej demokracji i trzymania się procedur, w tym regularnych wyborów powszechnych. „Uwielbiam imperia i imperializm, kocham silną władzę. Kiedy czytam o podbojach Napoleona dostaję wzwodu”, powiedział w Willard Hotel. Z Trumpem łączy go podziw wobec Władimira Putina. A w 45. prezydencie Stanów Zjednoczonych widzi herosa, który pojawił się po to by wyzwolić Amerykanów. Białych Amerykanów. „Donald pomógł ujawnić się biologicznym instynktom Partii Republikańskiej, pozwolił jej na impulsywność i zaspokajanie popędów. Prawdziwy republikański instynkt drzemał pod grubą skorupą politycznej poprawności”, stwierdził. Jego zdaniem, fenomen Trumpa jest emanacją fundamentalnej prawdy o konserwatywnej Ameryce. Najważniejszy jest nacjonalizm i podkreślenie własnej wyższości. A dotychczasowy etos Partii Republikańskiej oparty na szanowaniu litery Konstytucji, wolnorynkowej gospodarce i nie do końca czytelnym chrześcijańskim wartościom jest fasadą i ułudą.

Może się wydawać, że Alt-Right to wielki ruch społeczny, który zaczął się organizować niedawno, a o którym zaczęło być głośno przy okazji kampanii wyborczej Donalda Trumpa. „Nic podobnego. W pierwszej chwili słowo Alt-Right może się owszem kojarzyć z młodymi ludźmi, bardzo dobrze poruszającymi się w świecie 2.0 i względnie poprawnie wykształconymi. Ale tak naprawdę to są dziedzice tradycji Ku-Klux-Klanu. Wielki imperialny czarnoksiężnik KKK (red. - lider tej wiekowej rasistowskiej organizacji) David Duke mógł zamienić kostium z białego prześcieradła na dwurzędowy garnitur i nabrać językowej ogłady oraz zacząć nazywać się „obrońcą praw człowieka”, ale to jest dalej ten sam człowiek przepełniony nienawiścią wobec Afroamerykanów i Żydów”, mówi nam Chris Ellis, politolog z Uniwersytetu Bucknella w Lewisburgu. Apologeci ruchu nie krępują się „heilować”, tak jak to miało miejsce w połowie listopada na konferencji National Policy Institute.

Altrightowcy nie są też zestawem przypadkowych on-line'owych trolli, ujawniających się przygodnie zgodnie z algorytmami rządzącymi mediami społecznościowymi. Są znakomicie zorganizowani. W ostatnich miesiącach udało im się przeprowadzić zmasowaną nagonkę na dziennikarzy, artystów, polityków i akademików - afroamerykańskich, latynoskich i tych żydowskiego pochodzenia, także identyfikujących się z umiarkowanym skrzydłem Partii Republikańskiej. „Przebrali Pepe the Frog w mundur Wehrmahtu i rozsyłali ten rysunek do znudzenia po ludziach z komentarzem »trafisz do pieca krematoryjnego«”, dodaje Ellis.

Luke O'Brien, reporter współpracujący z Huffington Post podaje przykład jednej z udanych, przeprowadzonych z chirurgiczną precyzją akcji hejterskich. „W marcu w kinach pojawiła się nowa wersja filmowego klasyka - »Pogromcy duchów«, tym razem z kobietami w rolach głównych. Były to głównie byłe lub obecne członkinie obsady programu satyrycznego Saturday Night Life, wśród nich czarnoskóra Leslie Jones. Oprócz powiedziałbym zwykłego hejtu w sprawę zaangażowali się hakerzy, którzy ujawnili dane personalne aktorki i jej bardzo prywatne zdjęcia. Trolle zasłaniały się... pierwszą poprawką do konstytucji, czyli prawem do wolności słowa – stwierdza w rozmowie z nami. Cała akcja przypominała gonienie króliczka. Kiedy Leslie Jones ogłosiła, że jest ofiarą rasizmu, hejterzy odparowali, że sama jest rasistką, bo na ekranie utrwala stereotypy o Afroamerykanach.

Tymczasem Ellis uczula, żeby nie łączyć altrightowców z europejskimi stronnictwami czy ruchami o rodowodzie nacjonalistycznym, które zaczęły kiełkować u progu upadku zimnej wojny. „To jest ruch na wskroś amerykański, wywodzący się jeszcze z XIX w. To są spadkobiercy antykatolickiej i antysemickiej Partii Nic Niewiedzący (Know Nothing Party). Tamci budzili w ludziach ksenofobię strasząc m.in. papieżem. Irlandzcy i włoscy imigranci mieli być jego piątą kolumną w Ameryce”, stwierdza.

Ameryka i świat wstrzymały oddech czekając na pierwszy ruch prezydenta Trumpa, czy odetnie się od altrightowców słowami „słuchajcie, to była kampania wyborcza, taka walka ma swoje prawa, czas zacząć mówić normalnie” czy przeciwnie, dalej będzie dzierżyć sztandar z Pepe. Zagadka rozwiązała się kilka minut po zaprzysiężeniu.

„Odtąd zapomniani już nie będą więcej zapomniani. Teraz każdy będzie was słuchał. Zjawiliście się w milionach, żeby stworzyć historyczny ruch jakiego świat jeszcze nie widział”, stwierdził. Prezydent chyba zapomniał, że został głową państwa wskutek skomplikowanego i anachronicznego systemu wyborczego. Zapomniał, że na niego głosowały 62 miliony ludzi, a na Hillary Clinton 65 mln. Na starcie wykluczył tych drugich: Afroamerykanów, Latynosów, samotne matki, środowiska LGBT, muzułmanów oraz, co też znamienne, większość inteligencji. Nie powiedział nic o budowaniu mostów, o uzdrowieniu poranionego narodu.

Inauguracja ma zwykle ogromne symboliczne znaczenie. USA są generalnie demokracją remisu, obie główne partie mają mniej więcej zbliżone wpływy i poparcie. Zaprzysiężenie to teoretycznie moment godzenia waśni i ponownego zjednoczenia. Przypomnijmy tu najbardziej poruszające deklaracje. Jefferson: „Różnice w poglądach nie są różnicami w zasadach. Lincoln: „bez złych zamiarów wobec kogokolwiek, z miłosierdziem wobec każdego”. Franklin D. Roosevelt: „Nie musimy się niczego obawiać oprócz... samego strachu”. 

Donald Trump, który zaczął od słów „właśnie skończyła się w Ameryce rzeź”, jako pierwszy w historii tego symbolicznego momentu nie wykorzystał. Przeciwnie. Wzmógł konfrontacyjne nastroje i wolę toczenia sporu. Jasno dał do zrozumienia, że nastały czasy Alt-Rightu.

„Odtąd u podstaw będzie całkowita wierność Ameryce”, ciągnął prezydent. Użył słowa allegience, „pledge of allegience”, czyli „przysięgi na wierność”. Ale słowo to też oznacza w języku angielskim posłuszeństwo i podporządkowanie się. Chyba bardziej mu o tą drugą wymowę chodziło. „Przez lojalność wobec naszego kraju dojdziemy do lojalności wobec samych siebie. Kiedy otworzy się serca na patriotyzm, nie ma miejsca na uprzedzenia. Biblia mówi nam jak jest dobrze i przyjemnie, gdy lud boży żyje w jedności”, dodał.

45. prezydent mówi specyficznie. O sobie na przykład cały czas w liczbie mnogiej, używał zaimka osobowego „my” zamiast „ja”. Ważni w jego walce są też „oni”. To zasadnicza różnica między nim a 44. prezydentem. Barack Obama spędził osiem lat w Białym Domu główkując nad tym, żeby w Ameryce owych „onych” nie było, żeby wszyscy czuli się jak u siebie: w kraju możliwości i zróżnicowania. 20 stycznia zaczęła się kontrrewolucja. „Oni” będą musieli znaleźć sobie miejsce gdzieś indziej.

Artykuł powstał dla Dziennika Gazety Prawnej dzięki wsparciu Fundacji im. Heinricha Bölla.

Zawarte w tekście poglądy i konkluzje wyrażają opinie autora i nie muszą odzwierciedlać oficjalnego stanowiska Fundacji im. Heinricha Bölla.

All rights reserved.

Dodaj nowy komentarz