Transfer statystyczny kontra nowa energia

Transfer statystyczny kontra nowa energia

Blog

Podsumowanie roku 2018 w polskiej energetyce na pozór nie daje powodów do optymizmu. Na pozór, bo widać jaskółki zmian. Pytanie tylko, czy nie pojawiają się one zbyt późno.

Sprawa najważniejsza dla konsumentów to ceny prądu, powinny były wzrosnąć już w tym roku, za sprawą coraz wyższych cen uprawnień do emisji CO2 i gigantycznych potrzeb modernizacyjnych przestarzałego sektora energetycznego. Dziurę udało się zasypać, nie ma jednak powodów do szczególnej radości - rząd znalazł pieniądze dzięki sprzedaży niewykorzystanych uprawnień do emisji. Nie ma w tym żadnej sprzeczności: ceny uprawnień rosną, ale część uprawnień polskie elektrownie nadal dostają za darmo, dzięki korzystnej dla kraju tzw. derogacji. Z jednym zastrzeżeniem - co najmniej połowa kwoty powinna zostać przeznaczona na inwestycje w sektor energii odnawialnej. Tymczasem zyski praktycznie w całości wyrównają straty państwowych koncernów energetycznych, które w roku wyborczym dostały zakaz podwyższania cen energii odbiorcom indywidualnym. Nie dosyć, że pieniądze nie zostaną wydane zgodnie z przeznaczeniem, to jeszcze koło ratunkowe może okazać się dziurawe - jak informuje „Gazeta Wyborcza”, zdaniem prawników z organizacji ClientEarth działanie rządu można interpretować jako pomoc publiczną, ta zaś musi zostać oceniona przed wejściem w życie przez Komisję Europejską. W czarnym scenariuszu może okazać się, że ponad 4 mld złotych środków z derogacji zostanie wydanych niezgodnie z prawem.

Po drugie: zaczynają mścić się lata zaniedbań kolejnych rządów, które utrzymywały węglowe status quo. O ile jednak do niedawna przyjęty przez Polskę próg 15 proc. energii rocznie z odnawialnych źródeł energii w roku 2020 wydawał się realny, w tej chwili staje on pod znakiem zapytania. Zdaniem rządu do wypełnienia zobowiązań zabraknie nieco ponad 1 proc. Niewiele, ale też nie tak mało, jeśli zdać sobie sprawę, że Rząd Prawa i Sprawiedliwości zablokował rozwój energetyki wiatrowej. Sytuację próbują ratować indywidualni odbiorcy, którzy, wbrew wszystkim utrudnieniom, w 2018 roku podwoili liczbę nowych instalacji w stosunku do roku 2017. Według dr Michała Wilczyńskiego, niezależnego specjalisty od energetyki węglowej, w tej chwili w całym kraju działa ok. 50 tys. kolektorów słonecznych i ogniw fotowoltaicznych. I jest to liczba znikoma, jeśli wziąć pod uwagę, że w Niemczech jest ich ponad 3 miliony. Niewypełnione zobowiązania mogą mieć poważny wpływ na polską gospodarkę. Według raportów Najwyższej Izby Kontroli, niedotrzymanie obowiązku produkcji 15 proc. energii rocznie z odnawialnych źródeł energii będzie kosztować polski budżet ok. 8 mld zł rocznie. Skąd ta kwota? Z tzw. transferu statystycznego: państwa, które wykonają swoje zobowiązania, będą mogły sprzedać nadwyżki państwom, które znalazły się pod kreską. Kłopot w tym, że Polska nie jest jednym spóźniającym się krajem, co może oznaczać, że popyt na zieloną energię wzrośnie, za większym popytem zaś pójdzie wzrost cen. Zdaniem dr Grzegorza Wiśniewskiego, dyrektora Instytutu Energii Odnawialnej, Polska musi liczyć się z kosztem zakupu w wysokości minimum 16 mld złotych rocznie. Byłaby to kwota dla polskiej gospodarki katastrofalna.

Przynajmniej część polskiej klasy politycznej zaczyna zdawać sobie sprawę z tych zagrożeń. W ostatnich miesiącach widać sygnały, które zdają się wskazywać, że rząd szuka sposobów na wyjście z impasu. Po tym, jak zdusił energetykę wiatrową na lądzie, zadeklarował rozwój energetyki wiatrowej na morzu. Tu znowu powstaje kłopot, wskazujący, jak kosztowne są zaniechania i błędne decyzje w energetyce. Morskie farmy wiatrowe oznaczają wydatki znacznie większe niż te na lądzie, wymagają budowy od podstaw systemu, dzięki któremu elektryczność można wprowadzić w sieć. Niemniej jednak może to świadczyć, że politycy obudzili się ze snu. Wewnątrz samego rządu widać dwie równoległe narracje: pierwsza to twardy kurs węglowy, reprezentowany przez ministra energii Krzysztofa Tchórzewskiego, który zapowiedział, że w ciągu najbliższych dekad z Polski zniknie lądowa energetyka wiatrowa. Jest jednak i narracja otoczenia wicepremiera Jarosława Gowina, którego partia skonstruowała program Energia Plus. Dzięki ułatwieniom w procesie inwestycyjnym i szybszej ścieżce urzędowej Energia Plus ma przynieść pod koniec 2019 roku dodatkowych 50 tysięcy prosumentów. Co ciekawe, te ułatwienia już wbudowane są w polskie prawo, tyle że pozostają fikcją. Natomiast novum jest propozycja objęcia mikroinstalacji niższą stawką VAT. Do niedawna partia Jarosława Gowina była przeciwko temu rozwiązaniu. Co zmieniło się w okresie dosłownie kilku miesięcy? Albo część polityków prawicy zrozumiała, w jak trudnym momencie znajduje się polska energetyka, albo też dostrzegła interes polityczny w postulatach ekologicznych.

Jeszcze dalej idące postulaty formułuje partia Wiosna Roberta Biedronia, która chce zamknąc wszystkie polskie kopalnie do 2035. To zadanie mało realne, zważywszy, że część węgla jest eksportowana z zyskiem do europejskich kopalń, ale pokazuje ono, że coraz śmielej mówimy o sektorze energetycznym i konieczności rozwiązań. Oby nie za późno.

Zawarte w tekście poglądy i konkluzje wyrażają opinie autora i nie muszą odzwierciedlać stanowiska Fundacji im. Heinricha Bölla.

Powiązane treści

0 Komentarze

Dodaj nowy komentarz

Dodaj nowy komentarz