Oddech wolności – jak skorzystać na cyfryzacji zamiast się jej obawiać

Oddech wolności – jak skorzystać na cyfryzacji zamiast się jej obawiać

Article

Unijne rozporządzenie o ochronie danych to nie tylko wielka wygrana obywateli i obywatelek, którym zależy na swoich prawach, ale również sukces zielonej polityki. 

Rok 2018 był pod kątem cyfryzacji bardzo udany dla całej Europy – rozporządzenie o ochronie danych (RODO), które weszło w życie w maju, wzmocniło prawa obywatelskie i przyczyniło się do ochrony liberalizmu w demokracjach europejskich w stopniu większym, niż mogłyby to uczynić jakiekolwiek symboliczne deklaracje na rzecz zachodnich wartości liberalnych. Jest to skądinąd również wielki sukces polityczny Zielonych.

Mówiąc w skrócie, RODO to kilkusetstronicowy dokument, który zobowiązuje korporacje i władze publiczne do informowania obywateli i obywatelek, jeżeli gromadzą jakiekolwiek dane na ich temat. Ponadto, zgodnie z rozporządzeniem, społeczeństwo musi być informowane, jakie rodzaje danych są przetwarzane, w jakim celu i jak długo. RODO uprawnia również jednostki do tego, by w dowolnej chwili zażądać zaprzestania gromadzenia ich danych.

Odbiór rozporządzenia w społeczeństwie jest naturalnie bardzo zróżnicowany. Niektórzy wynoszą RODO pod niebiosa jako niezwykle cenną gwarancję prywatności, podczas gdy inni ciskają w rozporządzenie gromy, twierdząc, że to zaledwie kolejna odsłona niepodzielnego paternalizmu ze strony Brukseli. Ponad rok po wejściu RODO w życie w dalszym ciągu o zapisach nt. polityki prywatności wielu firm wciąż nie można powiedzieć, że cechują się wymaganą przez prawo przejrzystością. Wynika to z przyświecającej ich twórcom nadziei, że większość osób prędzej zrezygnuje ze swoich praw i kliknie „Zgadzam się”, niż zagłębi się w skomplikowany tekst prawny. Niezwykle wygodna opcja „Nie mam nic do ukrycia” to przy tym bardzo szybki i prosty sposób, by uciąć wszelkie dyskusje na temat praw osobistych i ochrony danych.

W Niemczech odbiór cyfryzacji w społeczeństwie jest raczej pozytywny. W przeprowadzonej w 2017 roku ankiecie 54 respondentów i respondentek stwierdziło, że czerpie z cyfryzacji korzyści, a zaledwie 16 procent uznało ją za coś negatywnego w związku z rosnącą liczbą urządzeń cyfrowych i faktem, że życie prywatne i zawodowe coraz bardziej się splatają. Zdania były natomiast podzielone co do tego, czy cyfryzacja potęguje nierówności społeczne – połowa ankietowanych wyraziła obawę, że skutkiem cyfryzacji będzie likwidacja zawodów wymagających niskich kwalifikacji.

Debata publiczna na temat cyfryzacji w dużej mierze skupia się na czarnych, pesymistycznych wizjach – częściowo ze względu na uzasadnione obawy przed takim rozwojem wydarzeń, a tylko w nieznacznym stopniu za sprawą generalnego sceptycymu wobec zmian technologicznych. Każda nowa technologia to miecz obosieczny, który w innowacyjny sposób stawia na głowie (lub po prostu burzy) dotychczasowe modele biznesowe, pola i dziedziny zawodowe, styl życia i procesy komunikacyjne. Doskonale zdajemy sobie sprawę, że cyfryzacja stwarza nowe możliwości, ale zastanawiamy się, w jakim świecie przyjdzie nam żyć i jakimi ludźmi będziemy. Jakie społeczności będziemy tworzyć, w jaki sposób będziemy się komunikować?

Uzasadnione obawy przed nadzorem i kontrolą

Niektórzy spośród obserwatorów i obserwatorek dostrzegają ogromny potencjał digitalizacji i snują wizje lepszego, bardziej zaawansowanego technologicznie – czy raczej, mówiąc precyzyjniej, opartego na przetwarzaniu danych – świata, podczas gdy inni już teraz czują się przytłoczeni złożonością naszej cyfrowej współczesności.  Obawy te w dużej mierze wcale nie są wytworami znerwicowanych umysłów, ale raczej realnymi zagrożeniami przyszłości. Niepokoi nas nie tyle sama technologia, co raczej sposób, w jaki korzystamy z informacji i je przetwarzamy.

Dzisiejsze społeczeństwo informacyjne produkuje bezprecedensową ilość danych, a mimo to wydaje się, że jesteśmy coraz mniej zdolni wykorzystywać je do generowania wiedzy, która naprawdę pomogłaby nam zrozumieć i interpretować świat, w jakim żyjemy. Powszechną przyczyną sceptycyzmu wobec całkowicie zdigitalizowanego świata jest obawa przed nadzorem i kontrolą. Gdyby Edward Snowden nie ujawił zakresu kontroli służb wywiadowczych, ochrona danych w Europie prawdopodobnie wciąż znajdowałaby się w powijakach. Groza nieuregulowanego, bezbrzeżnego nadzoru służb wywiadowczych wywołała pierwotny strach przed zewnętrzną kontrolą ze strony sił, które są potężniejsze od nas.

Tworzymy zatem pesymistyczne wizje w rodzaju Wspaniałego Nowego Świata Aldousa Huxleya czy Kręgu Dave’a Eggersa. W różnych kulturach na całym świecie są już odczuwalne pierwsze oznaki tego, że wizja nowych światów naprawdę się przybliża. W Chinach powstaje obecnie tzw. system zaufania społecznego, który doskonale obrazuje, jak realne są nasze obawy. Nadzór absolutny kryje w sobie ogromny potencjał przemocy i terroru, paraliżując wszelkie przejawy ludzkiego oporu, autonomii czy wolności.

„Niewidzialna ręka” big data nie istnieje

Sednem tych w pełni uzasadnionych obaw jest widmo totalitarnego dostępu cyfrowego do naszego wnętrza. Poza dystopiami istnieje wystarczająco dużo wziętych z życia przykładów wykorzystania big data (dużych zbiorów danych), które przyprawiają o dreszcze cyfrowych imigrantów (tych z nas, którzy urodzili się przed 1980 rokiem), począwszy od ingerowania w wybory i wywierania wpływu na decyzje zakupowe, aż po prognozowanie przestępstw. Ale jakie wnioski możemy z takich przykładów wyciągnąć?

  1. Nasza obawa przed big data tak naprawdę bierze się stąd, że jesteśmy pod wrażeniem ogromnej, przypadkowej mocy obliczeniowej. Niweluje ona krzepiący argument, że „kontroler” po prostu utonąłby w morzu danych – ich ilość nie tylko nie stanowi problemu, ale jest wręcz warunkiem koniecznym uzyskania rezultatów.
  2. Odwrócił się kierunek przepływu danych – od „jednego do wielu” do „wielu do jednego”. Celem jest obecnie stworzenie produktów uszytych na miarę dla każdej jednostki, co wiąże się z uwolnieniem fantazji o perfekcyjnie skrojonych ofertach wszelkiego rodzaju i zindywidualizowanej wycenie. Ta zmiana jest czymś nowym, ale to my nadaliśmy jej bieg, ochoczo i bezpłatnie udostępniając swoje dane i nie sprzeciwiając się ich wykorzystaniu. Nie istnieje nic takiego jak „niewidzialna ręka” big data. Wszyscy podejmujemy świadome decyzje dotyczące dzielenia się naszymi własnymi danymi – i właśnie to powinno być dla nas źródłem pewnej nadziei – oświecona ludzkość pokonywała już znacznie groźniejsze potwory niż Kraken danych. Z nim też możemy się uporać.
  3. Niekiedy problem polega na tym, że stajemy się ofiarą mitów forsowanych przez podmioty udostępniające technologie cyfrowe – ogłusza nas biały szum ich metafor. Jednym z wielkich mitów było to, że korzystanie z usług cyfrowych jest darmowe. Ale wieść w końcu się rozniosła – wszyscy płacimy, a walutą są właśnie nasze dane.

Świadomość ta doprowadziła jednak do narodzin nowego mitu, zgodnie z którym dane są czymś w rodzaju ropy, niewykorzystanego towaru, który znajdował się pod ręką przez tysiące lat, a teraz wystarczy go wydobyć. Ktokolwiek z niego skorzysta, stanie się potęgą – w miejsce potentatów naftowych pojawili się dziś magnaci danych. To niesamowite, w jaki sposób branży udało się sprawić, że wysoce zaawansowana pod względem technologicznym czynność, jaką jest przetwarzanie danych, wydaje się obecnie zwyczajnym biegiem rzeczy. Mit głosi, że dane są czymś naturalnym, czekają, aż je zgromadzimy, a co więcej – same w sobie posiadają pewne naturalne właściwości jak choćby płynność – kolejna metafora rodem z łona natury. Dane pragną płynąć. I mają tendencję do kondensowania się w chmurach – jeszcze jedno zjawisko naturalne, nad którym jako ludzkość nie sprawujemy kontroli.

Wspomniana „naturalizacja” to jednak coś, czemu musimy się stanowczo opierać. Dane – surowiec magnatów czerpiących zyski w epoce wczesnego kapitalizmu cyfrowego, to po prostu nasze własne życie – zwyczaje, zachowania, preferencje, pragnienia, choroby, uzależnienia i marzenia. Pierwszym i najbardziej palącym pytaniem jest zatem – co oznacza „danyfikacja” całego naszego życia? Wyjęta spod regulacji i kontroli, „danyfikacja” zwiastuje wywłaszczenie naszego życia, bezprecedensową formę poddaństwa.

Globalni gracze potrzebują globalnych zasad

Jeżeli epoka cyfrowa niepokoi nas właśnie z powyższych względów, nasze obawy są uzasadnione. Zdecydowanie potrzeba uregulowań, które powinny pochylić się nad dwoma powiązanymi ze sobą zjawiskami – prędkością i wszechobecnością. Prędkością, gdyż już samo tempo zmian technologicznych ogranicza wszelkie wysiłki regulacyjne do roli retroaktywnej odpowiedzi, która zawsze przychodzi zbyt późno. Nowe regulacje, skrupulatnie opracowywane w ramach uporządkowanego procesu legislacyjnego, nie zdążą jeszcze nawet przezwyciężyć początkowych problemów, a już zostaną uznane za przestarzałe przez kolejne pokolenie nowych technologii, które również będą potrzebowały uregulowania. Wszechobecność jest natomiast wyzwaniem dlatego, że – by wykazać skuteczność – każda nowa regulacja musiałaby mieć zastosowanie w każdym miejscu na świecie.

Globalni gracze potrzebują globalnych zasad. Jedno spojrzenie na możliwości działania ONZ sprawia, że tracimy nadzieję na to, że w przewidywalnej przyszłości powstaną globalne ramy prawne, przy założeniu, że nie będą wspierać głównych interesów rynkowych. Europa poczyniła przynajmniej pierwszy odważny krok. RODO opiera się na naszym prawie do tego, by swobodnie rozwijać swoją osobowość – ma ono swoje podstawy w konstytucji Niemiec, a Federalny Trybunał Konstytucyjny wywiódł z niego w latach 80. XX wieku prawo do informacyjnego samostanowienia.

Wartość i godność każdego człowieka opierają się na samostanowieniu. W epoce cyfrowej obejmuje ono również sprawowanie kontroli nad dotyczącymi nas danymi i informacjami z nich czerpanymi. „Wolność zakłada dystans – pewną ilość przestrzeni społecznej pomiędzy jednostką a innymi – w tym organami nadzorującymi”. To słowa Julie Cohen, prawniczki i ekspertki do spraw technologii z USA, która definiuje prywatność jako „swobodę ruchu”, w ramach której każda osoba może się realizować jako wolny obywatel/obywatelka. Jest to możliwe wyłącznie przy założeniu, że jesteśmy wolni od nadzoru i obserwacji. Podobnie jak ma to miejsce z każdą nową epoką technologiczną, cyfryzacja sprawia, że na nowo zastanawiamy się, co to znaczy być człowiekiem.

Wszystko to zmusza nas do określania wartości działań, na które do tej pory w ogóle w ten sposób nie patrzyliśmy – na przykład, gdy kupujemy książkę danego autora/autorki, wykazujemy zainteresowanie polityką czy sportem lub się komunikujemy. Wydaje się to czymś nowym, ale podobny proces towarzyszył zmianom w postrzeganiu kwestii ekologicznych – w pewnym momencie dowiedzieliśmy się, że zasoby naturalne mają cenę, która jest istotna gospodarczo, że słońce, wiatr, powietrze, którym wszyscy oddychamy – mają wartość. Ważną lekcją do odrobienia w XXI wieku jest uznanie i określenie wartości śladów danych, jakie po sobie pozostawiamy, gdy kroczymy przez życie – zanim inni je skomercjalizują i sprywatyzują. Dane to nie ropa, a nasza wolność nie jest towarem.
W ciągu następnych kilku lat naszym zadaniem będzie poważne potraktowanie niepokoju sceptyków wobec cyfryzacji i przekucie tej „negatywnej” energii w produktywne decyzje legislacyjne. Aby to się udało, potrzebujemy silnych społeczeństw obywatelskich, w których znajdzie się miejsce dla organizacji strażniczych typu watchdog i demaskatorów. 

Naszym celem musi być zdemaskowanie mitów towarzyszących cyfryzacji, trzeźwe wyważenie szans i zagrożeń oraz wypracowanie kodeksu etycznego i oceny ryzyka, które w największym możliwym stopniu przewidzą nadchodzące przemiany. Musimy tego dokonać na wszystkich obszarach życia, w sposób tak jednoczesny i globalny, jak to tylko możliwe – w komunikacji, biznesie, polityce, edukacji, nauce, sztuce i kulturze. Wyzwanie jest ogromne, ale to nie czyni go wyjątkowym.

Niemiecka wersja tego artykułu ukazała się 25 stycznia 2018 r. w magazynie Böll.Thema 1/2018: digital ist okay!

 

0 Komentarze

Dodaj nowy komentarz

Dodaj nowy komentarz