Deportacje sposobem na imigrację? Polityka USA wobec niepożądanych przybyszów

Marsz przeciw deportacjom w Waszyngtonie #2million2many
Teaser Image Caption
Marsz przeciw deportacjom w Waszyngtonie #2million2many

Temat imigracji stał się jednym z głównych motywów amerykańskiej kampanii prezydenckiej. Rozgłos zyskały szczególnie kontrowersyjne pomysły Donalda Trumpa na jej ograniczenie.  W ramach transatlantyckiego stypendium medialnego biura naszej Fundacji w Waszyngtonie Dawid Krawczyk sprawdzał losy obcokrajowców bez obywatelstwa i przyczyny wydalania z kraju osób z niezalegalizowanym pobytem. 

Przychodzą o piątej rano, walą do drzwi i to jest twoje ostatnie wspomnienie, jakie masz ze Stanów.

– Dodzwoniłeś się do biura Families for Freedom. Żeby połączyć się z Abrahamem Paulosem wciśnij „1”. Żeby porozmawiać z Cindy Martinez wciśnij „2” .

Zajęte. Dzwonię na inny numer, oznaczony na stronie jako gorąca linia.

– Dziękujemy, że dzwonisz do Families for Freedom. Wciśnij proszę „0”, żeby porozmawiać z jednym z naszych przedstawicieli.

Też zajęte. Dzwonię tak przez kilka dni. Tylko na ten pierwszy, bo drugi przeznaczony jest dla osób zagrożonych deportacją – i tylko dla nich. Znam już na pamięć kobiecy głos nagrany na automatyczną sekretarkę, który wypowiada te kilka słów najpierw po angielsku, a później po hiszpańsku – You have reached for offices of Families for Freedom… Llamaron a la oficina de Familias por la libertad… W końcu udaje mi się połączyć. Umawiam się na spotkanie w biurze na środkowym Manhattanie, kilkaset metrów od Madison Square Garden, dwie przecznice od Empire State Building.

Wejście do budynku zastawione jest rusztowaniem, a szklane drzwi z numerem 35 wciśnięte gdzieś między sklepy z biżuterią i budkę Western Union z kartami do metra, do telefonu i kuponami na loterię. Przez pomyłkę wychodzę z windy na szóstym piętrze i trafiam do szkoły karate. Families for Freedom jest wyżej, pod numerem 702.

***

– Nie jest łatwo się do was dodzwonić – rzucam ściągając kurtkę.

– Racja, racja. Kiedy ostatnio sprawdzałem, to po pół roku na tym telefonie mieliśmy 30 tysięcy nieodebranych połączeń – Cindy i Cris siedzą z słuchawkami przy uchu, więc tylko Abraham odpowiada z uśmiechem. – Zaraz ci wytłumaczę, dlaczego. Tylko skoczę po wodę i możemy siadać.

Mam chwilę, żeby rozejrzeć się po biurze. Kilka zawalonych papierami biurek, na każdym telefon. Tablice korkowe z przypiętymi dokumentami, ustawami, adresami sądów, więzień, ośrodków detencyjnych. Nad biurkiem Abrahama pierwszy numer gazety Czarnych Panter, The Black Panther z 25 kwietnia 1967, przyklejony taśmą do ściany. Czytam nagłówek: „Dlaczego Denzil Dowell został zabity”.

Usunięto obraz.

Okładkowa historia przypomina doniesienia na temat Trayvona Martina, Erica Garnera, Michaela Browna i innych czarnych ofiar policji z ostatnich kilku lat. Ciało Dowella zostało podziurawione sześcioma wystrzałami ze strzelby. Nie miał przy sobie broni. „Jak można coś takiego traktować w kategoriach «usprawiedliwionego zabójstwa»?” – pytały w '67 Czarne Pantery. Abraham wraca z dzbankiem wody i szklankami.

– Telefony są wyciszone. Ale dzwonią bez przerwy – zaczyna tłumaczyć Abraham, drapiąc się po kręconych włosach. – Wszyscy razem jesteśmy w stanie obsłużyć 20-30 rozmów dziennie. Dlatego mamy tyle nieodebranych połączeń. Po tygodniu są ich tysiące.

Dzwonią do nas imigranci z więzień w całych Stanach. Siedzą za kratami, mają sporo wolnego czasu, więc dzwonią.

– Ale nie jesteście po prostu telefonem zaufania dla osadzonych. Kto dokładnie do was dzwoni?

– Jeżeli do nas dzwonisz, to najprawdopodobniej masz już nakaz deportacji albo zaraz go dostaniesz. Siedzisz w pierdlu już trochę czasu, co najmniej rok. Chociaż mamy czasem gości, których trzymają w imigranckim więzieniu po cztery, pięć lat. I trochę jednak jesteśmy takim telefonem zaufania – uśmiecha się Abraham. – Wciąż pamiętam, jak sam zadzwoniłem do Families for Freedom. To była naprawdę terapeutyczna rozmowa. Osoba, która odebrała, powiedziała mi: „Słuchaj, sam nigdy nie byłem w takiej sytuacji, ale mój ojciec przez to przechodził i wiem, jak niesprawiedliwy jest ten system”. Więc ja też całkiem szczerze mówię: „Ale ja byłem skazany. Mam wyroki”. I usłyszałem, że to dla nich żaden problem. Zaskoczyło mnie to. Dzwoniłem wcześniej do kilku innych organizacji zajmujących się prawami imigrantów i rozmowa zawsze była krótka:

„Byłeś skazany? Przykro nam, ale nie możemy ci pomóc”.

– Czyli kiedy pierwszy raz skontaktowałeś się z Families for Freedom byłeś po tej drugiej stronie słuchawki? – upewniam się.

– No tak. Chwilę po tym jak wyszedłem z Rikers Island [największe więzienie miejskie w Stanach. Mieści się na Bronksie w Nowym Jorku – D.K.]. Powiedzieli, że mnie deportują. U nas w Families wszyscy są albo sami zagrożeni deportacją, albo mają kogoś bliskiego w takiej sytuacji. Szukałem pomocy, gdzie tylko mogłem, ale wszędzie mnie spławiali. I znajomy powiedział mi, żebym spróbował u Families for Freedom. Powiem ci szczerze, że miałem trochę obaw.

– Z czego one wynikały? Przecież wtedy chyba jeszcze nic o nich wiedziałeś.

– Tak, ale ta nazwa. Myślałem, że to jacyś prawicowcy – wybucha głośnym śmiechem i łapie się za głowę. – Ale co zrobić? Byłem zdesperowany. Wiesz, jest taka anegdota wśród starszej ekipy. Siedzieli i wymyślali nazwę. Ktoś rzucił: „Front wyzwolenia imigrantów”. Wszystkim się podobało, ale jednak wybrali inną opcję.

– Na pewno pasowałaby do waszego logo: pękających łańcuchów. Opowiesz mi jak to się stało, że najpierw wylądowałeś w Rikers Island, a teraz jesteś prezesem całkiem sporej organizacji?

– Jasne. To nie są moje ulubione wspomnienia, ale tak, to też wspomnienia, dosyć istotne, zwłaszcza w kontekście tego, co robimy tutaj w Families.

Usunięto obraz.

Proponuję w takim razie, żebyśmy cofnęli się jeszcze wcześniej. – Mówisz, że mieli cię deportować, czyli nie urodziłeś się w Stanach?

– Nie. Jestem uchodźcą. Urodziłem się w Sudanie. Ale przyleciałem do Stanów jako dziecko, więc to tutaj praktycznie przeżyłem całe swoje życie. Dorastałem w Chicago, w latach 80. i 90., w biedzie. W tym kraju znaczy to mniej więcej tyle, że prędzej czy później musiałem wejść w konflikt z prawem. I tak się w końcu stało. Nawet kilka razy, jak miałem osiemnaście lat. Stąd mam te wyroki. Później było lepiej. Dostałem stypendium. Miałem szczęście, mogłem pójść do dobrych szkół, uczyć się. Przeniosłem się do Nowego Jorku, na Brooklyn.

– To kiedy zamknęli cię w Rikers Island? Wtedy, kiedy byłeś nastolatkiem w Chicago? Przecież to jest nowojorskie więzienie – wypytuję, żeby nie zgubić się w tej historii.

– Poczekaj na zwrot akcji – mówi Abe spokojnie. – Więc mieszkam sobie na Brooklynie, pracuję. Idę ulicą, jest późno, druga w nocy. To było jakieś pięć lat temu. Wracam z pracy w restauracji, w ogródku piwnym. Jestem już przecznicę od domu i wyskakuje do mnie jakiś wielki facet. Drze się, żebym oddał mu jego pieniądze. Mówię mu, że nie wiem, o co chodzi, żeby dał mi spokój. Złapał mnie i zadzwonił po policję. Przyjechali, zaczęli mnie rozpytywać i z tego, co mówili, wynikało, że tego faceta napadło trzech gości. Jeden walnął go w zęby, drugi zabrał kasę, a trzeci stał na czujce. Nie miałem na sobie żadnej krwi, a gdybym to ja go uderzył byłyby jakieś ślady. Miałem natomiast przy sobie sporo kasy, bo właśnie dostałem wypłatę. Pytam ich, po co miałbym go okradać, skoro właśnie dostałem wypłatę. Nie wiedzieli, co zrobić, ale pasowałem do opisu, więc uznali, że stałem na czujce i zawieźli mnie na dołek. Widzisz, typowa historia czarnego w Ameryce.

– Co było później? Areszt? Kaucja?

– Wtedy nie mieli jeszcze na komisariatach obowiązku przesyłania odcisków palców do imigracyjnych. Więc szedłem normalnym trybem, tak jak wszyscy. Półtora dnia na dołku. Później usłyszałem zarzuty: cztery przestępstwa i dwa wykroczenia. Co się składało razem na jakieś dwa, trzy lata więzienia. Kaucja? No, była. 2500 dolarów. Nie miałem tyle, więc wysłali mnie do Rikers Island. Tam od kumpla spod celi dowiedziałem się po raz pierwszy, że mogą mnie deportować.

Całe życie myślałem, że jestem pełnoprawnym obywatelem, aż w końcu okazało się, że niekoniecznie. Siedziałem tam i myślałem, co się ze mną stanie. Nie miałem nic wspólnego z tym napadem i pewnie nawet udałoby mi się to udowodnić przed sądem, ale mogę nie mieć takiej szansy, bo deportują mnie za poprzednie wyroki, za moją kartotekę.

– Przecież masz status uchodźcy. On nie chroni cię przed deportacją? – pytam zdziwiony.

– No właśnie nie. Uchodźców można deportować i to się rzeczywiście zdarza. Widzimy to w naszej pracy. Uchodźcy z Palestyny, Somalii są regularnie deportowani ze Stanów. Działa to tak: jeśli zostajesz skazany, to państwo uznaje, że można cię deportować. Wtedy próbują wysłać cię do kraju, z którego uciekłeś. Jeśli tam ciągle trwa wojna, albo groziłaby ci tam śmierć, to starają się wysłać cię gdzie indziej. Bardzo rzadko się to udaje, ale czasem tak. Mojego kuzyna na przykład wsadzili w samolot i wysłali do Etiopii – mimo że nigdy w życiu nawet tam nie był. Jeśli udaje ci się zostać, to tracisz większość świadczeń społecznych, nie masz prawa ubiegać się o obywatelstwo, co roku musisz starać się o pozwolenie na pracę.

– Siedzisz teraz w biurze na Manhattanie, więc rozumiem, że nie deportowali cię do Etiopii.

– Wyszedłem z Rikers, bo moi znajomi zrzucili się na tę kaucję. Zebrali 2500 dolarów, wpłacili i sędzia mnie wypuścił. W bramie minąłem gości z departamentu bezpieczeństwa. Wchodzą czasem do więzienia, zgarniają wszystkich bez obywatelstwa, przesłuchują i tych, co mogą, deportują.

Usunięto obraz.

***

Następnego dnia przychodzę do biura z samego rana. Cindy obiecała znaleźć dla mnie chwilę przed pracą. Siedzi za biurkiem, w czarnym T-shircie z potężnym białym napisem „The Godfather”. Włosy spięte w kucyk, na nosie okulary w czarnej oprawce. Jest 9:00, więc wygląda na dużo bardziej wypoczętą niż wczoraj wieczorem. W Families for Freedom jest od dwóch i pół roku. Urodziła się i wychowała na Bronksie w Nowym Jorku. Ma amerykańskie obywatelstwo, meksykańskie korzenie i najmniej zagracone biurko z całej ekipy.

– Dzisiaj też będą cały czas dzwonić? – pytam.

– Na pewno. Ale mam dla ciebie pół godziny. Co chcesz wiedzieć?

– Pamiętasz swój pierwszy telefon?

– Tak. Całkiem dokładnie. Dodzwoniła się do nas pani, która mówiła tylko po hiszpańsku. Miała na imię Samara. ICE [Służba Celna i Imigracyjna Stanów Zjednoczonych – D.K.] zgarnął jej partnera, to znaczy byłego partnera. On był ojcem jej dziecka, ale nie żyli ze sobą. Facet miał kilka wyroków i wiele nie dało się w tej sprawie wskórać. Wiedziałam, że będzie deportowany. Więc jedyne, co mogłam zrobić, to wysłuchać jej i starać się wyjaśnić, czego może się spodziewać. Nie wiedziała, co się dzieje, ale dzięki rozmowie się uspokoiła. Później, już po deportacji jej byłego partnera, zadzwoniła raz jeszcze. Powiedziała mi, jak bardzo samotna się czuła i jak ważne były dla niej te rozmowy.

Wtedy po raz pierwszy dotarło do mnie, że ludzie po prostu wstydzą się i boją rozmawiać o deportacji, a do nas mogą zadzwonić i nikt ich tu nie będzie oceniał.

Kiedy jest szansa na wstrzymanie deportacji Families for Freedom organizują akcję. Cindy jest odpowiedzialna za ich koordynację.

– Najważniejsze to wyciągnąć człowieka z aresztu, później można myśleć o innych sprawach. Żeby do tego doprowadzić trzeba po prostu rozpracować sprawę. Zebrać masę różnych dokumentów, czasem wpłacić kaucję, czasem dotrzeć do mediów. Teraz na przykład chodzimy po urzędach i konsulatach i próbujemy dojść, kto wydał dokument podróży dla mężczyzny, którego imigracyjni chcą deportować do Liberii. Bez dokumentu podróży nie można przeprowadzić deportacji. Rzecz w tym, że liberyjski konsulat nie wydaje tych dokumentów od ponad roku. Więc skąd oni go mają?

Cindy podejrzewa, że dokument podróży, o którym mówi, mógł zostać po prostu sfałszowany przez służbę imigracyjną. Kiedy pytam Abrahama o sprawę fałszowania dokumentów przez ICE zarzeka się, że to bardzo poważne oskarżenie, ale mają uzasadnione obawy, że rzeczywiście do tego dochodzi. Pod koniec września 2015 opublikowali raport, w którym pisali o podobnych przypadkach, między innymi o Carlosie z Ekwadoru:

10 października funkcjonariusze ICE deportowali Carlosa posługującą się kartką papieru, na której rzekomo znajdował się skan paszportu. Kiedy Carlos dotarł do Guayaquil, ekwadorska policja skonfiskowała tę kartkę i uznała ją za fałszywy dokument. Carlos został bez żadnego dokumentu tożsamości, z sześcioma dolarami w kieszeni.

– Niezależnie, czego akcja dotyczy, kluczowe jest zaangażowanie rodziny lub bliskich, bez tego żadna akcja się nie powiedzie. W Families zatrudnione są tylko trzy osoby, więc siłą rzeczy akcja musi opierać się na rodzinach – puentuje Cindy.

– Twoja droga do Families for Freedom też prowadzi przez Rikers Island?

– Nie – uśmiecha się Cindy – ja zaczęłam od stażu, jeszcze jak byłam w szkole. W mojej rodzinie były przypadki deportacji, ale nie wiedziałam o nich za wiele. Dopiero jak odesłali moją matkę chrzestną, to postanowiłam się tym zająć. Więc przyszłam tu na wolontariat. Pracowałam już jakiś czas, kiedy odebrałam telefon od siostry. Roztrzęsionym głosem powiedziała, że policja aresztowała jej męża i lada dzień mają go deportować. Dzwonił do nas z aresztu i słyszałam, jak strażnik szydzi sobie z niego: „Daj im chłopie spokój. Nie zawracaj im dupy. Jutro cię deportują. Wsadzą cię w samolot do Meksyku, zobaczysz”.

Siostra Cindy przyszła do biura na Manhattanie. Zespół Families for Freedom przeanalizował wszystko po kolei. Zadzwonił gdzie trzeba i okazało się, że sytuacja wcale nie jest tak tragiczna. Po szwagra Cindy przyszła policja, a nie służba imigracyjna. Ale kiedy znalazł się w „systemie”, zainteresowali się nim również funkcjonariusze ICE. Kilka dni po aresztowaniu miało odbyć się pierwsze posiedzenie sądu w tej sprawie.

– Siedziałam z siostrą pod drzwiami, czekając na sędziego i jej męża od ponad godziny. Więc podchodzę do policjanta i próbuje się dowiedzieć, kiedy będą rozpatrywali sprawę mojego szwagra. A on na to, że przecież i tak po przesłuchaniu wsadzą go w samolot do Meksyku i będziemy mogły sobie co najwyżej pomachać. Wyobrażasz sobie? No nic, wróciłam do siostry i czekam dalej na tej ławce, kilka następnych godzin. Widziałam, że w tym czasie zdążyła odbyć się rozprawa jakiejś innej meksykańskiej rodziny. W końcu nie wytrzymuje i znowu idę rozmawiać z policjantem, innym niż wcześniej. Tłumaczę mu, o co chodzi. A on mi odpowiada, że przecież przed chwilą mój szwagier szedł tym korytarzem. To nie był mój szwagier! To nie była moja rodzina! Mówię mu to wszystko zdenerwowana. Nie wiem, co on sobie myślał, chyba, że wszyscy Meksykanie wyglądają tak samo i są ze sobą spokrewnieni.

– Jak to się skończyło?

– Okazało się, że posiedzenie było z samego rana. Mój szwagier musiał wrócić jeszcze na 11 dni do więzienia. Jego sprawę oddalono, bo to nie było przestępstwo, tylko wykroczenie – zakłócanie porządku publicznego. Za to teoretycznie nie grozi deportacja, ale po tych 11 dniach ICE miał 48 godziny, żeby go aresztować. Ostatecznie nie przyszli po niego.

Spoglądam na zegarek i widzę, że nasze pół godziny zaraz się skończy. Cindy – zazwyczaj spokojna i opanowana – porządnie się wkurzyła opowiadając o tym, jak potraktowano ją w sądzie. Pytam, więc, co jeszcze działa jej na nerwy.

– Nie wiem. Chyba najbardziej ludzie z organizacji walczących o prawa imigrantów, którzy mają z nami problem, bo wstawiamy się za przestępcami.

To dzielenie na dobrych i złych imigrantów – tak jakby skazanym nie przysługiwały żadne prawa. To mnie wkurza. I przemówienie Obamy sprzed roku też utrzymane w tym tonie.

***

20 listopada 2014. Barack Obama staje w drzwiach Sali Wschodniej w Białym Domu, pomiędzy amerykańską flagą i prezydenckim sztandarem. Opiera się o mównicę i rozpoczyna swoje przemówienie:

– Rodacy Amerykanie, chciałbym dziś porozmawiać z wami o imigracji. Przez ponad 200 lat nasza tradycyjna gościnność wobec imigrantów z całego świata dawała nam ogromną przewagę względem innych narodów. Sprawiała, że byliśmy młodzi duchem, dynamiczni i przedsiębiorczy. Kształtowała nasze charaktery jako ludzi o nieskończonych możliwościach – tkwiących nie w okowach przeszłości lecz zdolnych do wewnętrznej przemiany. Dzisiaj jednak nasz system imigracyjny jest niesprawny i wszyscy o tym wiemy. Rodziny, które wjeżdżają do naszego kraju przepisowo i przestrzegają praw, widzą innych, którzy je lekceważą.

Później przez kilka minut mówi o bezpieczeństwie wszystkich Amerykanów. O tym, że trzeba być dobrym, a nie złym – czyli wykwalifikowanym pracownikiem, studentem, przedsiębiorcą, a nie przekraczać nielegalnie granice. Jeśli trzymasz się reguł gry, będziesz mógł wreszcie wyjść z ukrycia – obiecuje. W końcu przechodzi do puenty, którą przez następne kilka dni cytują wszystkie amerykańskie dzienniki: Mimo że jesteśmy narodem imigrantów, jesteśmy też narodem praworządnym. Nielegalni pracownicy złamali nasze przepisy, uważam więc, że powinni ponieść tego konsekwencje - szczególnie ci, którzy mogą okazać się niebezpieczni. Dlatego w ostatnich sześciu latach liczba deportacji przestępców wzrosła o 80 procent. Oto, dlaczego będziemy kierować uwagę organów ścigania na najpoważniejsze zagrożenia dla naszego bezpieczeństwa. Na przestępców, a nie na rodziny. Na kryminalistów, a nie na dzieci. Na członków gangów, a nie na matki ciężko pracujące, aby utrzymać swoje dzieci.

 

The President Speaks on Fixing America's Broken Immigration System - The Obama White House

video-thumbnail Watch on YouTube

***

– I jak wam się podoba to przemówienie?

– A co? Przestępcy nie mają rodzin? – odpowiada pytaniem poirytowana Cris, którą udaje mi się na chwilę odciągnąć od pracy. Nawet, kiedy denerwuje się, mówi spokojnym i cichym głosem. Zmienia się podczas demonstracji. Widziałem ją na zdjęciach. Z zaciśniętą pięścią maszerującą w pierwszym szeregu. Cris Hilo wychowywała się w Los Angeles, gdzie mieszka większość jej krewnych z Filipin. Przez ostatnie dziesięć lat angażowała się między innymi w walkę z dyskryminacją Arabów i Muzułmanów na Brooklynie, pracowała z ofiarami handlu ludźmi i współorganizowała związkowe protesty pielęgniarek i nauczycielek. Częściej dzwoni niż odbiera telefon - odpowiedzialna jest za utrzymywanie kontaktu z ponad setką rodzin tworzących Families for Freedom.

– Większość ludzi naprawdę nie obchodzi los skazanych. Myślą, że nikomu by ich nie brakowało. Ale dla nas, dla osób, które codziennie pracują z ich rodzinami wygląda to trochę inaczej. To nie jest tak, że ktoś jest albo dobry, albo zły. Ludzie popełniają błędy – dodaje Cris.

– No właśnie! Co z rodzinami przestępców?! – powtarza Cindy – One się nie liczą? Czasem na imigranckich demonstracjach widzę transparenty z hasłami w stylu „Nie jesteśmy kryminalistami. Nie deportujcie nas. Mamy prawo tu być”. Jak ktoś jest skazany, też ma prawo tu zostać. Czasem też słyszę, że jedyne, czym się zajmujemy, to bronienie gwałcicieli i morderców. Ludzie nie wyobrażają sobie, za jakie pierdoły można zostać deportowanym, za posiadanie marihuany na przykład.

– Ale weźmy zarzuty, że bronimy pedofilów – wtrąca Abraham. – A jak deportowanie takiego pedofila do Meksyku, czy na Jamajkę rozwiąże problem? Teraz Stany będą po prostu wyrzucały wszystkich pedofilów do Meksyku? Czym sobie Meksyk na to zasłużył? To jest czysty imperializm.

– Jeśli dobrze rozumiem, w Nowym Jorku deportuje się tylko ludzi po wyrokach? – pytam.

– Tak jest. Nowy Jork to tak zwane miasto azylowe – odpowiada Abraham – To nie jest Arizona. Tutaj ICE nie wpadnie ci do delikatesów i nie zgarnie wszystkich imigrantów bez dokumentów, ot tak. Nowy Jork upadłby wtedy po prostu. Ale jak masz wyrok, to już zdecydowanie masz się czego obawiać. I to już nie dotyczy jedynie Nowego Jorku tylko całych Stanów. Nie da się rozmawiać o deportacjach, nie mówiąc o deportowanych przestępcach. To my jesteśmy tą grupą, której ten temat najbardziej dotyczy.

Usunięto obraz.

W 2002 roku wśród wszystkich deportowanych było mniej więcej 20% skazańców. W 2013 – to najnowsze dane jakie mamy – już 60% deportowanych to byli właśnie ludzie z wyrokami. W Nowym Jorku jedna na dziewięć osób ma wyrok, a jedna trzecia to imigranci.

To jest nasz problem, to nas powinni pytać o zdanie.

Kiedy spotkałem się po raz pierwszy z Abrahamem, jeszcze zanim zdążyłem zadać mu jakiekolwiek pytanie, powiedział mi kilka słów o Families for Freedom. Bardzo zależało mu na tym, żeby podkreślić, jak ważne w ich działalności jest odwołanie do praw człowieka. To samo później usłyszałem od Cris: Nikt nie powinien cię zmuszać, żebyś jechał tu albo tam, albo gdziekolwiek indziej. Prawo do swobodnego przemieszczenia się jest prawem człowieka. A mimo to deportujemy miliony osób ze względu na ich status migracyjny i wyroki, które na nich ciążą.

Ale to nie jedyny zarzut, który wysuwa Abraham pod adresem administracji Obamy:

Kiedyś deportowaliśmy w Stanach kilkadziesiąt tysięcy ludzi rocznie. Mówię o latach 90. A teraz to jest pół miliona osób na rok. To są żywi ludzie, którzy wyjeżdżają stąd w ogromnym gniewie, z poczuciem krzywdy, niesprawiedliwości. Ten gniew wróci kiedyś do Stanów.

– Co masz na myśli?

– Dzwonił do mnie ostatnio chłopak z Jamajki. Mieszkał tu, w Stanach, przez całe swoje życie. Wyrastał w getcie. Był w armii przez jakiś czas. Robiliśmy, co tylko się dało, żeby go nie deportowali. Bez skutku. Odesłali go w końcu na Jamajkę. I jak rozmawialiśmy, to od słowa do słowa, w końcu wybuchł i powiedział, że „Stany mu jeszcze kiedyś za to zapłacą”. Bo tak to działa. Kiedy przechodzisz cały ten proces deportacji, to twój wróg jest bardzo dokładnie określony. To jesteś ty przeciwko rządowi Stanów Zjednoczonych, bo tak stoi na tym świstku, który dostajesz. Lądujesz w miejscu, w którym nigdy nie byłeś, nie znasz kultury, języka. Jedyne, co masz, to gniew, który chcesz gdzieś wyładować. To jest pół miliona osób rocznie. Wyobraź sobie, jak one muszą się czuć.

***

Zbieram swoje rzeczy. Rozglądam się ostatni raz po biurze Families for Freedom. Na drzwiach widzę plakat, który wcześniej nie wpadł mi w oko. To przerobiona reklama sieci Dunkin’ Donuts. Zamiast „America Runs on Dunkin’” [Ameryka jedzie na pączkach Dunkina] na plakacie są piktogramy z robotnikami i napis „America Runs on Immigrants” [Ameryka jedzie na imigrantach]. Trudno się nie zgodzić.

Przeglądam notatki i widzę, że muszę zadać Abrahamowi jeszcze jedno pytanie: - Abe, jak skończyła się w końcu ta sprawa z napadem?

– Jeśli chodzi o kryminalne zarzuty, to jestem czysty. Umorzyli sprawę. Inaczej wygląda sytuacja, jeśli chodzi o deportację. Spotkałem się ostatnio z prawnikami i powiedzieli mi otwarcie, że mogę być deportowany z dnia na dzień. Dlaczego jeszcze po mnie nie przyszli? Nie wiem. W tak zwanym międzyczasie staram się zrobić coś pożytecznego. Ale na takim osobistym poziomie, to powiem ci szczerze, że się po prostu boję. Urodziła mi się ostatnio córka, więc patrzę na to wszystko trochę inaczej. Ważne jest mieć jakiś plan awaryjny. Bo w końcu przychodzą o piątej rano, walą do drzwi i to jest twoje ostatnie wspomnienie, jakie masz ze Stanów.

Zawarte w tekście poglądy i konkluzje wyrażają opinie autora i nie muszą odzwierciedlać oficjalnego stanowiska Fundacji im. Heinricha Bölla.

Tekst ukazał się po angielsku na stronie waszyngtońskiego biura, a przedruk w języku polskim zamieścił Dziennik Opinii nr 27/2016 (1177).