Inna nowoczesność

prof. Magdalena Środa

 
Przed nami trudny rok: wybory samorządowe, parlamentarne, polska prezydencja w Unii. Ale przynajmniej jedno mamy z głowy: wybory prezydenckie. Nie mogę powiedzieć, że wygrał mój kandydat. Swojego nie miałam, tak jak – zapewne – miliony Polaków, a zwłaszcza Polek. Przegrał natomiast ten, który przegrać powinien. 

Poparłam Komorowskiego ze strachu przed Kaczyńskim. Oczywiście – przekonywały mnie różne osoby – Komorowski niewiele się różni od Kaczyńskiego, poparcie Komorowskiego to wsparcie dla partii rządzącej, która umocni swą władzę, to znaczy będzie mogła spokojnie nie robić nic przez następny rok. Ale „nic” to znaczy wiele: kolejny rok stagnacji, naszej małej konserwatywno-kapitalistyczno-kościelnej stabilizacji… Wszelako owo „niewiele” między Kaczyńskim a Komorowskim to jednak różnica. Może nie dla feministki, ale na pewno dla obywatelki.
Nie żałuję swoich wyborów i myślę, że większość ludzi sceptycznych wobec Komorowskiego – też nie. Nie dlatego, żeby po wyborach zaskoczył pozytywnie (raczej jest przeciwnie), ale przede wszystkim dlatego, że negatywnie zaskoczył wszystkich Kaczyński (wielu bowiem było naiwnych, którzy uwierzyli w jego „przemianę”). Uważam, że władza prezydencka w rękach rubasznego patriarchy-poety, jakim jest Komorowski, jest – i będzie – lepsza niż w rękach osoby niestabilnej psychicznie, o autorytarnej osobowości. Tym gorzej, że okropnie zranionej śmiercią brata.

Komorowski będzie miał prezydenturę spokojną (co i rusz elektryzowaną różnymi gafami, do których wykazuje dużą skłonność), a jego największą ambicją będzie uzyskanie niezależności od premiera Tuska. Nie będzie łatwo, bo Tusk stał się przez tych kilka lat doskonałą, względnie samodzielną maszyną polityczną. Od razu trzeba dodać, że jest to maszyna, której „polityczność” polega na wygrywaniu wyborów. Nadzieją na samodzielność jest jeszcze Schetyna, nowy marszałek Sejmu. Jego konflikt z Tuskiem jest ponoć jak „wojna światów”, więc może tak mocno zaangażować Tuska, że da sobie spokój z Komorowskim. Czyli niezależność prezydenta RP ma swoje gwarancje w konflikcie premiera z marszałkiem. Wszyscy z jednej opcji politycznej, by nie powiedzieć z jednego boiska, bo w PO liczą się tylko ci, którzy razem z premierem grają w piłkę (a więc przede wszystkim Bielecki, Nowak, Arabski), liczy się jeszcze Boni, który na piłkę nie ma czasu, bo jest mózgiem w tej partii i jak nikt, pięknie mówi o reformach, których nikt nie przeprowadza (mówi się, że „do wyborów”).

Co na wyborach zyskało społeczeństwo? A w każdym razie jego znacząca część? Przede wszystkim to, że względnie izolowało autorytarną osobowość Jarosława Kaczyńskiego. I ta izolacja dalej trwa. Można powiedzieć że od dłuższego czasu, przynajmniej od sławetnych wyborów, kiedy to Tadeusz Mazowiecki przegrał z niejakim Stanem Tymińskim, i wszyscy w związku z tym zagłosowali na Wałęsę, istotą wyborów prezydenckich jest głosowanie „przeciw”, czyli mówiąc brutalniej – eliminacja szaleństwa. Gdy Kwaśniewski wygrał z Wałęsą (w 1995 roku), który marzył o drugiej turze po rozpętaniu wojny na górze i skonfliktowaniu solidarnościowych elit, było podobnie. Nie byłam zwolenniczką „komunistycznego” Kwaśniewskiego, ale bałam się szaleństwa Wałęsy. Kwaśniewski miał – jak się potem okazało – dwie dobre kadencje.

Z punktu widzenia obywatelskiego Komorowski będzie prezydentem znacznie lepszym niż Kaczyński. Z punktu widzenia feministycznego, lewicowego i nowoczesnego Komorowski będzie wielkim patriarchalnym stabilizatorem. To prezydent dziewiętnastowieczny, tak jak dziewiętnastowieczny jest polski konserwatyzm. Władzę tu sprawują głównie mężczyźni, którzy – z reguły – posiadają w domu żonę wraz z dziećmi, a po ciężkiej pracy odpoczywają, grając w piłkę lub strzelając do zwierząt. Kobiety całuje się tu w ręce i pisze im wiersze (to jedna z najgorszych przypadłości obecnego prezydenta). Czegóż chcieć więcej? Reszta to mrzonki i dziwactwa. Idee feministyczne, egalitarne, postępowe, parytet, prawa dla gejów i inne, które mogłyby drażnić Kościół, są wykluczone. Przypisuje się im lewicową genezę, a wszystko, co lewicowe, jest w Polsce kojarzone z PRL.

Komorowski z pewnością nie zmieni tego, co w Polsce jest – według mnie – największym problemem: traktowania nowoczesności jako decorum, jako elementu zdobnego. Prawdziwą substancją polskości jest bowiem – tradycja. 

Ulrich Beck, diagnozując w swoich pracach zmiany w obrębie społeczeństw europejskich, które miały miejsce w XX wieku, twierdził, że największą z nich jest indywidualizacja, egalitaryzacja oraz detradycjonalizacja wszystkich form życia, w tym prywatnych, rodzinnych, a zwłaszcza powiązanych z płcią. Dawne społeczności stawały się nowoczesne głównie kosztem zachowania „feudalności” w sferze prywatnej. „Społeczeństwo przemysłowe nigdy nie jest i nie było wyłącznie przemysłowe, zawsze było ono społeczeństwem pół przemysłowym i pół stanowym. Jego część stanowa zaś nie była nigdy reliktem tradycji, ale produktem i fundamentem społeczeństwa industrialnego” – pisał Beck w Społeczeństwie ryzyka. Bardzo upraszając, jesteśmy teraz (w większości krajów europejskich, bo nie w Polsce) obserwatorami radykalnych zmian polegających na znoszeniu podziałów między sferą prywatną i publiczną, wyzwalaniu się indywidualności, osłabianiu tradycyjnych ról płciowych, ujawnianiu się różnorodności etc. Większość badaczy dodaje, że ewolucja społeczeństw w kierunku posttradycyjności, różnorodności i nowoczesności, pojętej w sposób szeroki, a nie wąsko kapitalistyczny, sprzyja wzrostowi gospodarczemu. W Polsce wszystkie ekipy polityczne kurczowo trzymają się tradycji (tradycyjnej rodziny, rodzinocentrycznego społeczeństwa, tradycyjnie pojmowanych ról płciowych) i Kościoła. Nawet lewica.

Tak jakbyśmy za wszelką cenę chcieli zachować w sferze prywatnej dziewiętnastowieczne tradycyjne społeczeństwo, a w sferze publicznej korzystać z zalet nowoczesności zredukowanej do konsumpcjonizmu i względnego dobrobytu. Ciekawa pod tym względem jest diagnoza zespołu rządowego napisana pod kierunkiem Michała Boniego (raport Polska 2030), gdzie możemy (we wstępie) przeczytać zdania dotyczące pochwały naszych tradycyjnych wartości (rodzina, patriotyzm, Kościół), a w drugiej części pracy dotyczącej perspektyw wzrostu – stwierdzenia, że najszybszy wzrost jest tam, gdzie ceni się wartości posttradycyjne (jest to zresztą jedyne miejsce w tej obszernej pracy, gdzie wymienia się takie wartości jak prawa gejów, prawa kobiet, różnorodność i indywidualizację).

Antynomiczności tego, że z jednej strony cieszymy się tradycyjnością społeczeństwa polskiego, z drugiej zaś, że wiemy, iż jest ona na dłuższą metę hamulcem wzrostu gospodarczego, że nie przekłada się na budowę kapitału społecznego, Boni nigdzie nie wyjaśnia. Całe społeczeństwo socjalizowane jest od dziecka do asymilacji tradycyjnych wartości i dzieje się tak nie tylko dzięki Kościołowi, lecz przede wszystkim za sprawą systemu edukacji (nie ma żadnych programów równościowych, podręczniki często utrwalają stereotypy, zamiast je niwelować, programy wychowania są proojczyźniane, nie ma edukacji seksualnej, tylko sentymentalna edukacja prorodzinna, nie ma etyki, za to jest mnóstwo lekcji katechezy). Z powodu ochrony tradycji i wpływów Kościoła nie ma cały czas nowoczesnej polityki społecznej, bo ta musiałaby opierać się na tezie, że nie wystarczy odciąć kobiety od aborcji, środków antykoncepcyjnych i zapłodnienia in vitro, by rodziły dzieci na potęgę, a tak myśli i czyni prawica polska. Mamy chyba najtrudniejszy w Europie dostęp do żłobków i przedszkoli (zostały polikwidowane) i uznanie (wszystkich partii), że kobieta zawsze sobie poradzi.

Obawiam się, że nie ma w chwili obecnej żadnych perspektyw na zmianę. Istniejący układ polityczny tę sytuację będzie na różne sposoby utrwalał i obecny prezydent może być symbolem tego utrwalania.

Niewiele też zmieni opozycja (w tej roli cały czas PiS). Po pierwsze dlatego, że myśli tak samo, tyle że mniej koherentnie, o ile w ogóle ktoś tam myśli, bo PiS cierpi wyraźnie na deficyt intelektualistów. Zdaje się, że obecnie mają eksportowanego z Niemiec prof. Krasnodębskiego, nieobecnego prof. Legutkę, który obecnie jest w Parlamencie Europejskim, i niestabilną acz aktywną prof. Staniszkis. Gdybym miała porównywać religijność Komorowskiego i Kaczyńskiego, powiedziałabym, że tego pierwszego jest głębsza, że to prawdziwy syn Kościoła, religijność Kaczyńskiego jest natomiast rutynowa i polityczna. Gdyby miał wygrać wybory poprzez ogłoszenie się ateistą, to mógłby to zrobić, tyle że w Polsce ateizm się zupełnie nie opłaca. Po drugie, opozycja PiS-owska jest coraz skuteczniej marginalizowana dzięki „operacji krzyż”. Można się oczywiście zastanawiać, czy operację tę przeprowadza sam PiS, by nie dać żyć Komorowskiemu i mieć swój przyczółek pod pałacem prezydenckim, skoro nie można w nim, ale im więcej obserwuję „krzyżowe szaleństwo”, tym mniej dziwię się temu, że władze ani Warszawy ani państwowe nie są w stanie krzyża z Krakowskiego Przedmieścia usunąć. Po prostu nie chcą. Przypuszczam, że „operacja krzyż” służy PO do marginalizacji PiS, które coraz bardziej skupia się wyłącznie na katastrofie smoleńskiej i nowej „religii”, jaka powstała po katastrofie, to znaczy „religii 10 kwietnia” (określenie Agaty Bielik-Robson), gdzie nie do końca wiadomo, czy chodzi o Jezusa Chrystusa czy Lecha Kaczyńskiego. Choć poniekąd wiadomo, że jego brat, Jarosław, prezes PiS, dąży do jakiejś formy ubóstwienia tragicznie zmarłego prezydenta. PO – jeśli moje przypuszczenia są słuszne – oprócz skutecznej polityki wygrywania wyborów uczy się obecnie polityki zarządzania nastrojami społecznymi. Sytuacja na Krakowskim Przedmieściu jest tu jakimś narzędziem. Można więc powiedzieć, że tak jak inni zarządzają różnorodnością, tak PO zarządza krzyżem, a dzięki niemu i nastrojami, mediami i – do pewnego stopnia – opozycją.

Co się z tego wykluje w najbliższych wyborach samorządowych i parlamentarnych? Z pewnością wzmocni się pozycja SLD. Może ono urosnąć do roli liczącej się opozycji. Może też wyłonić się jakieś nowe ugrupowanie, którego celem będą nie tyle reformy, ile wspomniana wyżej detradycjonalizacja, egalitaryzacja i sekularyzacja państwa. Kto jednak taki ruch poniesie, na to pytanie na razie nie ma odpowiedzi.

 

Magdalena Środa – filozofka, wykładowczyni akademicka, publicystka, feministka; pracuje w Zakładzie Etyki Instytutu Filozofii Uniwersytetu Warszawskiego, prowadzi zajęcia na Gender Studies UW; członkini Collegium Invisible Uniwersytetu Warszawskiego. Zajmuje się historią idei etycznych, etyką stosowaną i filozofią polityczną. Redaktorka „Przeglądu Filozoficznego” i „Etyki”. Autorka książek Idea godności w kulturze i etyce (1993) i Indywidualizm i jego krytycy (2003). Stała felietonistka „Gazety Wyborczej”. Jako pełnomocniczka rządu ds. równego statusu kobiet i mężczyzn (2004-2005) wywołała burzliwą dyskusję o kulturowych uwarunkowaniach przemocy wobec kobiet w Polsce.