Po wyborach – z perspektywy kobiet

Iza Desperak

 

Ani kobiety, ani kwestie równości płci w polskich kampaniach wyborczych nie odgrywały dotąd ważkiej roli. Do tej pory dwa razy zdarzyło się, że mieliśmy kandydatki na prezydenta: w roku 1995 Hannę Gronkiewicz-Waltz i w 2005 Henrykę Bochniarz. Kandydatka na kandydatkę w 2005 roku prof. Maria Szyszkowska nie zdołała zebrać wymaganych stu tysięcy podpisów niezbędnych do zarejestrowania swojej kandydatury.

Historię porażki wyborczej Gronkiewicz-Waltz analizowała w Świecie bez kobiet Agnieszka Graff, zwracając uwagę, że kandydatka-kobieta robiła w kampanii wszystko, by z kobietami łączyło ją jak najmniej, a z postulatami równościowymi – jeszcze mniej, sama określała się jako „antytyp feministki” . Stosowane przez nią strategie gry z wizerunkiem matki Polki i jednocześnie „żelaznej damy” nie okazały się skuteczne: mimo poparcia w sondażach sięgającego 20 proc., zdobyła zaledwie 2,76 proc. głosów. Jeszcze gorszy wynik uzyskała Henryka Bochniarz – 1,26 proc. Być może te porażki zaważyły na tym, że w wyborach prezydenckich 2010 wśród kandydatów nie było ani jednej kobiety– przykłady te zniechęcają partie do wysuwania kobiecych kandydatur, a same kobiety do startu w wyborach.

Kobiety w kampaniach są obecne. W parlamentarnych i samorządowych – kandydują, często z ostatnich miejsc, zdobywając ładnym zdjęciem na billboardzie lub wizerunkiem specjalistki od edukacji, zdrowia czy polityki społecznej miejsca dla partyjnych „jedynek”. W wyborach prezydenckich towarzyszą kandydatom na plakatach, w wyborczych klipach i na wyborczych spotkaniach.

Ważną funkcję pełnią kandydatki na pierwsze damy – od kampanii w 2000 roku ich obecność w kampanii jest obowiązkowa. W tamtej kampanii pojedynek między Marianem Krzaklewskim i Aleksandrem Kwaśniewskim był rozegrany między innymi siłami małżonek – Maryli Krzaklewskiej i Jolanty Kwaśniewskiej. Nie bez wpływu na ostateczne zwycięstwo wyborcze Aleksandra Kwaśniewskiego była emisja – tuż przed rozpoczęciem ciszy wyborczej – klipu wyborczego, którego bohaterką była Jolanta, a nie Aleksander. Małżonka zapewniała wtedy, że rodzina Kwaśniewskich na co dzień kieruje się Dekalogiem i jednocześnie krytykowała wykorzystywanie religii w kampanii wyborczej.

Nic dziwnego, że gdy w 2003 roku, dwa lata przed wyborami prezydenckimi, tygodnik „Polityka” w przedwyborczym sondażu umieścił pośród polityków Jolantę Kwaśniewską, aż 34 proc. badanych odpowiedziało, że gdyby wybory odbywały się wtedy, oddałoby głos właśnie na nią, następny w kolejności kandydat – Andrzej Lepper uzyskał tylko 8 proc. wskazań. Oczywiście, wynik ten można tłumaczyć z jednej strony medialną rozpoznawalnością, z drugiej brakiem zaufania wyborców do polityków i popieraniem przez nich kandydatów politycznie niedoświadczonych i nieskompromitowanych. Jolanta Kwaśniewska z jednej strony podbijała wyborców przywiązanych do Kościoła katolickiego, wielokrotnie przywołując autorytet Jana Pawła II, z drugiej zaś skutecznie budowała wizerunek jeśli nie feministki, to osoby wspierającej aspiracje kobiet. W ankiecie przeprowadzonej w 2004 roku przez grupę Cooleżanki wśród studentek i studentów jednej z uczelni na pytanie, kto działa w Polsce na rzecz kobiet, aż 53 proc. wskazało Jolantę Kwaśniewską.

Postać pierwszej damy była ważna w wyborach w 2005 roku. Postać Marii Kaczyńskiej, niezbyt eksponowana przez sztab wyborczy Lecha Kaczyńskiego, została wykorzystana przez obóz jego przeciwników. W internecie krążyły karykatury kandydatki na pierwszą damę, w których atakowano jej rzekomy brak urody, podkreślano zmarszczki, porównując ją do gwiazdy poprzedniej prezydentury – Jolanty Kwaśniewskiej. W drugiej turze tegorocznych wyborów prezydenckich postać hipotetycznej pierwszej damy również miała znaczenie – i być może przechyliła szalę głosów internautów, którzy jeszcze w dniu wyborów otrzymywali i wysyłali maile: „Nie pozwól, by pierwsza dała lała do kuwety”. Być może stan kawalerski Jarosława Kaczyńskiego był czynnikiem dyskredytującym w przypadku wyborców do końca niezdecydowanych.

Kampania prezydencka 2010 mimo braku w niej kobiet kandydujących na urząd prezydenta pełna była kobiet i wielokrotnie się o nich mówiło. Były to jednak głównie działania wizerunkowe, w dodatku nie zawsze spójne. W ostatnich wyborach dwie największe partie postawiły na kobiece twarze kampanii, ocieplając wizerunek sztabów wyborczych poprzez wyznaczenie na ich szefowe Małgorzaty Kidawy-Błońskiej (PO) i Joanny Kluzik-Rostkowskiej (PiS).

Ponadto kandydat Komorowski wykorzystywał wizerunek żony, Kaczyński – bratanicy, córki tragicznie zmarłej pary prezydenckiej – Marty Kaczyńskiej, Napieralski – córek i bliźniaczek z telewizyjnego spotu, ale także żony, którą jego sztabowcy obwołali polską Carlą Bruni.

 Komorowski w swym przekazie – jak pisała Agata Chełstowska  – odwoływał się do męskości walecznej, Kaczyński i Napieralski – opiekuńczej. Wszyscy trzej, także niby-nowoczesny Napieralski odwoływali się do męskości patriarchalnej. W wypadku Komorowskiego i Kaczyńskiego jest to patriarchalizm ukorzeniony w tradycji katolickiej, u Napieralskiego – samoistny.

Komorowski jawił się jako tradycyjny ojciec rodziny, przed którym żona stawia talerz zupy. Napieralski – ojciec, który stara się uczestniczyć w wychowywaniu dzieci, odwożąc je do przedszkola. Jego nowoczesność miał zapewne podkreślić wyborczy klip, w którym główną rolę zagrały ciała młodych kobiet, i to ten właśnie klip sygnalizuje, że nowoczesność i nastawienie prorównościowe tego kandydata niewiele znaczą: jest to tylko wizerunkowa walka o głosy młodych i podłączonych do internetu.

Komorowski był do pewnego momentu zdystansowany w kwestii in vitro i parytetów, zamiast nich proponował politykę prorodzinną. Tuż przed pierwszą turą odwiedził II Kongres Kobiet, na którym zadeklarował, że choć sam nie jest przekonany do idei parytetu, to jako prezydent takiej ustawy by nie zawetował. Podobnie w czasie kampanii zmieniały się jego wypowiedzi dotyczące in vitro – opowiedział się za refundacją tej procedury.

Pozostali – mniej poważni – kandydaci do prezydentury, też odnosili się, każdy na swój sposób, do kwestii kobiecej. Andrzej Olechowski w swym „Kontrakcie dla Polski” obiecywał zawarcie Paktu na Rzecz Kobiet, gwarantującego równość materialną i równy status. Olechowski wypowiedział się zdecydowanie za parytetem w polityce, a także za podobnymi rozwiązaniami w sferze życia gospodarczego. Janusz Korwin-Mikke z kolei pytany o kwestie równościowe tradycyjnie prezentował swój skrajnie seksistowski światopogląd. Waldemar Pawlak opowiadał się za 30-procentową kwotą zamiast parytetu, in vitro określił „sprawą sumienia” i zadeklarował, że w przypadku uchwalenia ustawy o refundacji in vitro, powinna być ona dopuszczalna tylko dla małżeństw. Andrzej Lepper nie ma w tych sprawach do powiedzenia nic wartego analizy, obecność w kampanii prezydenckiej polityka skompromitowanego w aferze „praca za seks” dowodzi jedynie, że żaden, nawet uznany za przestępstwo, poziom seksizmu nie dyskwalifikuje w polityce. Poglądy Marka Jurka są jeszcze silniej tradycyjne i katolickie niż Jarosława Kaczyńskiego – nie popiera tak zwanego „kompromisu aborcyjnego”, lecz postuluje zaostrzenie zakazu aborcji. Kornel Morawiecki opowiedział się za dostępnością in vitro dla biednych, ale nie za liberalizacją zakazu aborcji i przeciwko parytetowi.

Najbardziej radykalnie pro-kobiecym i pro-równościowym kandydatem okazał się Bogusław Ziętek, który opowiedział się za liberalizacją lub wręcz zniesieniem ustawy antyaborcyjnej, in vitro i parytetami, deklarował, że kobietom należy się „równość, szacunek i partnerstwo”. Niestety, niska rozpoznawalność Ziętka oraz radykalny język trybuna związkowego przekładały się na niskie notowania w sondażach, a w związku z tym pojawiał się w kampanii obok Korwina-Mikke czy Morawieckiego, co sytuowało automatycznie jego program i postulaty w kategorii politycznego kabaretu.

W kampanii prezydenckiej 2010 problematykę kobiecą reprezentowały przede wszystkim kwestie parytetów i in vitro. Kandydaci apelowali do wyborczyń, wypowiadając się ciepło, choć niekoniecznie zdecydowanie w tych kwestiach. Jak pokazuje przykład Komorowskiego, wystarczyło zadeklarować, że nie jest się zdecydowanym przeciwnikiem tych rozwiązań. Poparcie parytetów sygnalizowało też pewną światopoglądową nowoczesność, poparcie dla in vitro było sygnałem dystansu kandydata do Kościoła katolickiego. Kwestie te stały się znakami rozpoznawczymi reformatorów w wersji light, sygnałami obyczajowego liberalizmu niekłócącego się z priorytetem wartości rodzinnych. Taki równościowy dyskurs w wersji light uprawiało wiele rzeczniczek i rzeczników parytetów, także II Kongres Kobiet, posługujący się do znudzenia wizerunkiem matki Polki, której do szczęścia potrzebny jest jedynie polityczny parytet, i wykluczający z dyskursu kobiety bezdzietne, niezamężne i nieheteroseksualne.

Twardymi sygnałami prorównościowych postaw kandydatów było poparcie postulatów liberalizacji lub zniesienia zakazu aborcji i regulacji prawnej związków jednopłciowych. Za legalizacją związków partnerskich osób tej samej płci opowiedzieli się Napieralski, Olechowski, Morawiecki i Ziętek, za adopcją dzieci przez pary homoseksualne – wyłącznie Ziętek.

Za liberalizacją ustawy antyaborcyjnej – wyłącznie Napieralski i Ziętek. Widać, że kwestia zakazu aborcji jako kluczowego prawnego i symbolicznego wykluczenia kobiet nie cieszy się popularnością wśród wyborczych haseł. Dominują zwolennicy nieistniejącego „kompromisu aborcyjnego” – to trochę sygnał uległości wobec Kościoła, a trochę skutek tabu wykluczającego dyskurs pro-choice z mainstreamowej komunikacji politycznej. Kandydaci zdają się wiedzieć, że sukces można odnieść tylko wtedy, jeśli się nie będzie podważało istniejącego kompromisu w sprawie kontraktu płci dyskryminującego kobiety we wszystkich sferach życia społecznego i politycznego.

Oferta polityczna skierowana do kobiet to głównie okruchy równościowego pakietu, z którego w końcu pozostanie co najwyżej in vitro dla małżeństw, które na to stać, i symboliczna kwota na listach wyborczych – oba rozwiązania funkcjonujące już w praktyce. A zatem co obiecali zmienić wiodący kandydaci w sferze relacji między płciami? NIC.

Na ile wypowiedzi kandydatów, skromne wobec oczekiwań, ale hojne w stosunku do wyborczych polskich standardów, były realnymi ofertami politycznymi? Zapewne, jak to w kampanii, w niewielkim stopniu. Zauważyć można było, że kandydaci grali kartą kobiecą i prześcigali się w przyciągnięciu elektoratu kobiecego – przede wszystkim opowiadając się za polityką prorodzinną, obiecując żłobki i przedszkola, popierając postulat parytetu i procedurę in vitro. Jedni z poparcia „kompromisu aborcyjnego” uczynili wyraźną granicę ustępstw na rzecz kobiet, łagodne poparcie postulatów liberalizacji ustawy antyaborcyjnej Napieralskiego i radykalne Bogusława Ziętka stanowiło wyraźną różnicę programową w stosunku do pozostałych kandydatów i wyraźnie pozwalało kojarzyć lewicowość z prawami reprodukcyjnymi. Ten efekt nie jest korzystny dla środowiska pro choice, bo dopóki jego postulaty będą uchodzić za lewicowe, dopóty będą niszowe.

Komorowski zyskał poparcie Kongresu Kobiet dzięki swemu stosunkowi do parytetów i in vitro, Olechowski poparcie Partii Kobiet  zapewne dzięki Paktowi na Rzecz Kobiet, Napieralski poparcie Zielonych  dzięki swej nowoczesnej wrażliwej społecznie i równościowej retoryce, mimo krytyki jego kampanii przez środowiska feministyczne.

Kandydaci bez szans na prezydenturę mogli obiecywać nawet gruszki na wierzbie, byle tylko przypodobać się elektoratowi. Napieralski w swych deklaracjach równościowych był mało wiarygodny, trudno opowiadać się za partnerstwem i jednocześnie występować jako ojciec, którego jedynym zaangażowaniem w wychowanie dzieci jest odwożenie ich do przedszkola. Trudno budować wizerunek zwolennika równości kobiet i mężczyzn i posługiwać się w kampanii klipem uznanym przez wielu odbiorców, a zwłaszcza odbiorczynie, za seksistowski. W opinii zwolenników Napierskiego klip był błędem sztabu wyborczego, kandydat nie odpowiada bowiem za całokształt kampanii, jednak w rezultacie równościowy komunikat Napieralskiego stał się niespójny i mało przekonywujący. Być może dlatego Napieralski zajął w pierwszej turze trzecie miejsce, uzyskując ponad 13 proc. głosów.

Dużo bardziej radykalny w równościowej retoryce, jak też dużo wyraźniej lewicowy Ziętek uzyskał symboliczną liczbę głosów 0,18 proc. Równościowa oferta Ziętka robiła na niektórych wyborcach wrażenie bardziej wiarygodnej – do środowisk zaangażowanych przemawiało jego wcześniejsze poparcie ruchu pro-choice czy protestów pielęgniarek. Jednak wizerunkowy aspekt kampanii Ziętka burzył tę wiarygodność, symbolika kreacji Ziętka – męża stanu była z tego samego gatunku, co Komorowskiego i Kaczyńskiego, w tle wyborczego klipu w wystroju mieszczańskiego gabinetu pojawiła się chyba nawet jakaś szabla na ścianie. Antykapitalistyczna retoryka Ziętka odrzuciła zapewne potencjalnych wyborców o poglądach liberalnych, a to, że jego wypowiedzi pobrzmiewały populizmem Leppera, zniechęciło wielu wyborców wykształconych, oświeconych, świadomie poszukujących alternatywy.

O wadze, a raczej nieważkości przedwyborczych obietnic świadczyć może wywiad Bronisława Komorowskiego opublikowany przez „Gazetę Wyborczą” 10 lipca 2010 roku: „Mówiłem, że jestem za refundacją in vitro. Nie zobowiązałem się jednak, że podpiszę jakąś ustawę, skoro nie wiem, jaka będzie. A na Kongresie Kobiet złożyłem zobowiązanie, że podpiszę ustawę o tym, by na listach wyborczych było co najmniej 35 procent kobiet. I traktuję to bardzo serio”. Na pytanie, co zrobi, gdy Sejm nie wystąpi z takimi projektami, odpowiada, że nie wystąpi z własną inicjatywą. Nie będzie też stosował parytetu, obsadzając stanowiska w kancelarii prezydenckiej.

W pierwszej turze mieliśmy jeszcze jakiś wybór – i z niego skorzystaliśmy. Dla niektórych wyborców to był pierwszy od lat komfort możliwości wybierania pomiędzy wreszcie różnymi opcjami. Oczywiście, opcja Ziętek/Morawiecki/Olechowski/Jurek/Pawlak była opcją tylko symboliczną – oddając głos na kandydatów cieszących się marginalnym poparciem, nie wybieraliśmy prezydenta, co najwyżej sygnalizowaliśmy nasze polityczne przekonania. Oddając głos na Napieralskiego, wyborcy zagłosowali do pewnego stopnia przeciwko pozornej alternatywie Komorowski/Kaczyński, a trochę opowiedzieli się za prawdziwą alternatywą.

W drugiej turze wyborcy stanęli przed trudnym wyborem między dwójką kandydatów, z których żaden nie miał nic do zaoferowania środowiskom zaangażowanym równościowo. Wybór między dwoma panami K. był trudny. Ale innego nie było. W tej sytuacji część środowisk lewicowych i feministycznych zdecydowało się nie poprzeć żadnego kandydata lub wręcz skreślić obu. Tę strategię krytykowano jako poparcie de facto opcji twardszej, bardziej katolickiej – argumentowano, że nie głosując na Komorowskiego, automatycznie wzmacniamy obóz Kaczyńskiego.

Za Komorowskim opowiedziała się publicznie (w „Gazecie Wyborczej”) prof. Magdalena Środa, uzasadniając swój wybór obawą przed powtórzeniem rządów IV RP, obietnicą Ewy Kopacz refundacji zapłodnienia in vitro i obietnicą podpisania ustawy o parytecie oraz stanowczymi zapewnieniami Jarosława Kaczyńskiego, Adama Hofmana, Elżbiety Jakubiak i prof. Jadwigi Staniszkis, że nie będzie zapłodnienia in vitro. Postulowano głosowanie na Komorowskiego jako mniejsze zło. Przekonywano, że nie głosując na tego mniej szkodliwego dla kwestii kobiecej kandydata, oddajemy prezydenturę siłom całkowicie nieprzewidywalnym i szkodliwym, i przyczyniamy się do zwycięstwa opcji narodowo-katolickiej. Argumenty te z jednej strony przekonały część wyborców, z drugiej nie przemówiły do innej ich części.

Trudno zrozumieć, dlaczego Komorowski miałby być mniej narodowo-katolicki od Kaczyńskiego, jego wizerunek był o wiele bardziej patriarchalny, a obaj kandydaci równie kornie chylili głowy przed Kościołem katolickim. Przeciw poparciu Komorowskiego przez część kobiecych środowisk protestowały inne (jak Katarzyna Kądziela na portalu „Rozgwiazdy”). Jednocześnie niektóre zaangażowane środowiska (Monika Strzępka na portalu „Krytyki Politycznej’) ogłosiły, że głosują na Kaczyńskiego właśnie. Spierano się, czy była to tylko artystyczna prowokacja, czy uwiedzenie socjalnym dyskursem kandydata. Jednocześnie pojawił się postulat – obecny i w pierwszej turze – skreślania obu kandydatów oraz idea bojkotu wyborów. Wszystkie te rozwiązania były oczywiście ułomne – z braku kandydata, którego można by poprzeć, chwytano się brzytwy. Być może wyborcze zwycięstwo Komorowskiego – kilkuprocentowe – jest skutkiem mobilizacji wyborców mniejszego zła.

Poparcie antyrównościowych kandydatur – w pierwszej i drugiej turze – przez środowiska równościowo zaangażowane przynieść może więcej szkód niż pożytków. Pierwszą ofiarą takiego zjawiska stał się Kongres Kobiet: po poparciu kandydatury Komorowskiego stał się adresatem listów protestu, krytyki ze strony dotychczasowych sprzymierzeńców, rozczarowaniem dla wielu indywidualnych kobiet i rozgoryczonych organizacji kobiecych, które w Kongresie upatrywały obiecanej apolitycznej inicjatywy na rzecz siostrzeństwa oraz platformy budowy ponadpartyjnego ruchu politycznego na rzecz równości kobiet. Niestety, postulaty kongresowych panelistek – w tym postulat zniesienia zakazu aborcji – zostały przez Kongres zignorowane, zamiast tego udzielono poparcia kandydatowi, który kobietom nie może nic zaoferować poza szarmanckim pocałunkiem w rękę.

Poparcie kandydatów o zdecydowanie antyrównościowym nastawieniu jest równoznaczne z dyskredytowaniem się środowisk kobiecych, feministycznych i równościowych. Odbiera im wiarygodność i stawia pod znakiem zapytania cele i idee, którym służą.

Iza Desperak jest socjolożką, wykłada na Uniwersytecie Łódzkim, redaktorką książki Homofobia, mizoginia i ciemnogród? (Łódź 2008), współzałożycielką i liderką Nieformalnej Grupy Łódź Gender.