Feminizm jako nowy europeizm

Komentarz

Obecna sytuacja stawia przed społeczeństwem obywatelskim wiele wyzwań związanych z demokratyczną obroną praw kobiet – np. zachowaniem uczestnictwa państwa polskiego w sprzyjających równości porozumieniach międzynarodowych czy statusem organizacji działających na rzecz praw kobiet. Wszystko to mieści się w postulowanym przez feminizm w polityce zagranicznej „poszerzaniu reprezentacji” – przygotowującym grunt pod bardziej obywatelską i angażującą więcej niż dotąd aktorów politykę zagraniczną w przyszłości.

Czy kobiety uratują świat? Feministyczna polityka zagraniczna

Po co feminizm w polityce zagranicznej? Bo „uczy nas, że wszyscy razem możemy uratować świat”, piszą Małgorzata Kopka-Piątek i Iwona Reichardt. I samo pojęcie, i taka postawa we współczesnym kontekście polskim sprawiają, co prawda, nieco egzotyczne wrażenie. Bo czy widziana z Polski w 2021 roku, może nie wydać się abstrakcyjna, wręcz księżycowa „koncepcja relacji międzynarodowych, która przestaje mieć na celu realizację interesów przede wszystkim własnego kraju”. Która w dodatku „skupia się na uniwersalnych wartościach, takich jak pokój, zrównoważony rozwój, równość obywateli i obywatelek we wszystkich państwach świata”? Która wreszcie zakłada „nie tylko «dodawanie kobiet», ale też uwzględnianie wszystkiego, co było do tej pory pomijane – religijności, etniczności,  kwestii  kulturowych  i  klimatycznych  –  tego,  co  stanowi  fundament  życia naszego i naszej planety”? Oczywiście może, ale nie powinna.

Czy kobiety uratują świat?

Czy kobiety uratują świat?

Czy kobiety uratują świat? Feministyczna polityka zagraniczna

Opracowanie opisuje jak perspektywa kobiet jest obecnie reprezentowana w polskim życiu społeczno-politycznym, zwłaszcza w obszarze relacji międzynarodowych – w mediach, na uczelniach wyższych, w polityce czy na rynku pracy. Zwraca uwagę na to, co musiałoby się wydarzyć, żeby obraz ten zmienić, co zapewniłoby wszystkim równy dostęp do władzy, polityki, nauki i udziału w gospodarce. Przedstawia podejście feministyczne w polityce zagranicznej na przykładzie Szwecji i Kanady, państw które jako pierwsze na świecie wprowadziły taką metodę relacji z partnerami.  

Publikacja do pobrania

Przyjrzymy się najpierw przykładom jej praktycznego zastosowania w stosunkach międzynarodowych, o których piszą autorki wydanego przez Fundację im. Heinricha Boella raportu Czy kobiety uratują świat?. To między innymi oficjalna linii polityczna dyplomacji szwedzkiej od roku 2014, a także nieco nowsze instrumenty pomocy rozwojowej wdrażane ostatnio przez Kanadę czy Francję. I tak, Szwecja poprzez działania dyplomatyczne, oficjalne wypowiedzi swych polityków i urzędników, ale również wymierną pomoc finansową dla organizacji pozarządowych i lobbing międzynarodowy stara się włączyć kolejne kraje w porządek prawny, który zobowiąże ich władze do traktowania równości płci jako prawa podstawowego. Szwecja wpływa, między innymi w ten sposób na kolejne kraje, aby włączały kobiety do gremiów decyzyjnych i działa na rzecz bardziej sprawiedliwej dla kobiet redystrybucji zasobów – ekonomicznych i politycznych. Wszystko to w imię przekonania, że równość płci jest wartością samą w sobie, ale także czynnikiem sprzyjającym pokojowi i współpracy na świecie. To zatem autonomiczny cel, ale i środek realizacji innych wartości.

Podobnie wygląda sprawa z Kanadą – kraj ten orientuje swą pomoc dla krajów rozwijających się właśnie na kwestie równości płci. Finansowane z kasy kanadyjskiego podatnika inicjatywy lokalne oraz projekty feministyczne na globalnym Południu mają być odpowiedzią na, po pierwsze, oczywiste nierówności posiadanych praw, zasobów i reprezentacji kobiet i mężczyzn; po drugie, na asymetrycznie ponoszone ciężary i ofiary w związku z konfliktami zbrojnymi i kryzysem klimatycznym; wreszcie, po trzecie, służyć mają bardziej efektywnej polityce mitygacji i adaptacji do zmian klimatu oraz rozwiązywaniu konfliktów zbrojnych. I tu zatem równość jest jednocześnie wartością autonomiczną, jak również instrumentem zaprowadzania pokoju.

Wreszcie, Macronowska Francja i jej rząd traktują równość kobiet i mężczyzn jako przyświecający polityce zagranicznej Republiki ideał, ale także instrument walki z populizmem i stabilizacji politycznej ogarniętych konfliktami regionów, czego wyrazem ma być przede wszystkim wsparcie finansowe dla kobiet-ofiar wojen.

Oczywiście, oficjalne deklaracje a nawet realne środki przeznaczane na wzniosłe cele nie przesądzają o całościowej ocenie takich polityk. Kopka-Piątek i Reichardt przywołują liczne zarzuty wobec krajów wynoszących feminizm na swój sztandar, z hipokryzją na czele. Oto bowiem i Szwecja, i Kanada eksportują broń do Arabii Saudyjskiej, a więc kraju nie dość, że autorytarnego, to jeszcze patriarchalnego w wydaniu ekstremalnym. Kanada ma też wiele za uszami w kwestii praw swych „pierwszych narodów”, a więc społeczności rdzennych, a we Francji wielkie kontrowersje budzi polityka wobec mniejszości religijnych, w ramach której ideał równości płci bywa instrumentalizowany (bo nieraz posługują się nim środowiska islamofobiczne). Wreszcie, choć liczone w setkach milionów dolarów kwoty pomocy mogą robić wrażenie, to wciąż stanowią ułamek budżetów wydawanych na politykę zagraniczną przez wszystkie te państwa, o ich polityce obronnej nawet nie wspominając.

Bardziej istotne wydaje się jednak co innego. Niezależnie od tego, jak ocenimy szczerość intencji czy autentyczność feministycznej frazeologii w polityce zagranicznej państw, a także adekwatność i skalę środków, jakie za nimi idą, we wszystkich tych wypadkach agenda równościowa wpisana jest w realizację racji stanu danego kraju. Przy czym niekoniecznie musi tu chodzić o cyniczną grę wizerunkową (podobną do ekologicznego greenwashingu wielkich koncernów), ale po prostu o potraktowanie ideału i praktyki równości płci jako zbieżnych z interesem państwa. W ten sposób feminizm jako strategia realnie uprawianej polityki zagranicznej rozjeżdża się wprawdzie z postulowanym przez liczne aktywistki, teoretyczki i propagatorki ideałem, ale jednocześnie zaczyna stanowić, przynajmniej potencjalnie, realną podstawę dla polityki zagranicznej, którą w przewidywalnej przyszłości dałoby się prowadzić również w Polsce.

Oto bowiem Szwecja, wpisując feminizm i równość płci na sztandar swej dyplomacji, czyni ważne dla swego narodu wartości towarem, w pozytywnym sensie tego słowa, eksportowym (niczym Ikeę i Volvo), a także potwierdza swą długoletnią specjalizację na arenie międzynarodowej. Równość płci traktowana jako droga do zaprowadzania pokoju wzbogaca bowiem dotychczasowe instrumenty polityki rozjemczej i mediacyjnej, z której kraj ten słynął od połowy XX wieku. Jednocześnie – poprzez upowszechnianie praw człowieka – sprzyja trwaniu liberalnego porządku międzynarodowego, w którym Szwecja jako aktor polityczny czuje się najlepiej. Z kolei  w przypadku Kanady równościowa polityka rozwojowa może też służyć łagodzeniu negatywnych skutków ekspansji gospodarczej jej firm surowcowych i budowaniu wizerunku „ulubionego kraju na świecie”. Dla Francji wreszcie, to także forma potwierdzenia republikańsko-świeckiej tożsamości narodu oraz miękkie narzędzie budowania wizerunku i wpływów w krajach, w których jej firmy konkurują z kapitałem chińskim lub amerykańskim.

To wszystko nie prowadzi bynajmniej do „zdzierania masek” feminizmu praktykowanego w polityce zagranicznej jako fasady dla brudnych interesów, względnie progresywnego opakowania cynicznej polityki. Po prostu głoszone wartości mogą się zbiegać z interesami danego państwa, mogą też wpływać – tu element polemiczny z tezami Kopki-Piątek i Reichardt, a zwłaszcza cytowanych przez nie aktywistek – na redefinicję, względnie korektę pojęcia racji stanu raczej niż jego całkowite zastąpienie poprzez aksjologię oderwaną od celów państwowych. Notabene, rezygnacja z pojęcia „racji stanu” przez aktorów państwowych budzi pewne wątpliwości w kontekście mandatu demokratycznego wybranych przez wyborców przedstawicieli.

Gdzie w tym wszystkim jest obecna Polska? Same autorki wskazują, że „pod  względem  realizacji  koncepcji równościowych, w tym feministycznej polityki zagranicznej, Polskę można uznać za kraj, który w tym procesie jest tzw. spóźnionym przybyszem”, a zatem jednym z tych państw, które „w przeciwieństwie do tzw. grupy pionierów, czyli prekursorów w danym obszarze – wprowadzając nowy kierunek lub nową koncepcję polityki, w pierwszej kolejności kopiują rozwiązania zewnętrzne”.

O ile w kwestii ogólnej „realizacji koncepcji równościowych” wypada się tylko zgodzić, o tyle w obszarze samej polityki zagranicznej Polski w ostatnich latach można wręcz mówić o jawnym sprzeciwie wobec idei feministycznych i niektórych przynajmniej aspektów polityki równościowej . Przejawia się to nie tylko w konsekwentnym ukazywaniu przez przedstawicieli władz feminizmu i pojęcia „gender” jako narzędzi wymierzonej w polskość ofensywy ideologicznej,  uderzające w samo jądro narodowej tożsamości, ale także zapowiedziach – ze strony niektórych członków rządu – wycofania się Polski z służącej zwalczaniu przemocy wobec kobiet Konwencji Stambulskiej. 

Obecna sytuacja stawia przed społeczeństwem obywatelskim wiele wyzwań związanych z demokratyczną obroną praw kobiet – związanych np. zachowaniem uczestnictwa państwa polskiego w sprzyjających równości porozumieniach międzynarodowych czy statusem organizacji działających na rzecz praw kobiet. Wszystko to mieści się w postulowanym przez feminizm w polityce zagranicznej „poszerzaniu reprezentacji” – przygotowującym grunt pod bardziej obywatelską i angażującą więcej niż dotąd aktorów politykę zagraniczną w przyszłości. To jednak nie wszystko.

W obecnej sytuacji (tzn. przy obecnym układzie sił politycznych) niezbędne jest jednak formułowanie feministycznej propozycji dla polityki zagranicznej państwa polskiego na przyszłość. Tak, aby dało się powiązać wartości feminizmu ze zdefiniowanymi na nowo interesami Polek i Polaków w relacjach międzynarodowych. Nie musi tu bynajmniej chodzić tylko o stosunki bilateralne ani budowanie wpływów w poszczególnych krajach, ale także oddziaływanie na porządek europejski i globalny.

Na czym taka alternatywa mogłaby polegać?

Po pierwsze, na „demilitaryzacji” walki ze skutkami pandemii COVID-19, na poziomie stosowanego języka, ale także narzędzi finansowanej ze środków europejskich polityki. Retoryka i atmosfera „wojenna” sprzyja wprawdzie mobilizacji zasobów narodowych i przekraczaniu dotychczasowych ograniczeń politycznych po stronie państw, ale jednocześnie – jak to na wojnie – unifikuje wspólnoty i kieruje uwagę społeczeństw na okres „pokoju” jako przywróconą normalność. Tymczasem, jak wskazuje przywoływana też przez autorki Czy kobiety uratują świat? prekursorka feministycznej teorii stosunków międzynarodowych Cynthia Enloe, przyszła normalność wykuwa się właśnie teraz, w trakcie walki z pandemią. A w tej walce, choć wszyscy jesteśmy na tym samym wzburzonym morzu, to bynajmniej nie płyniemy w tak samo bezpiecznych i sprawnych łodziach.

Wymiar genderowy różnic jest przy tym kluczowy: feminizacja wielu zawodów na pierwszej linii frontu (pielęgniarki, nauczycielki, opiekunki osób starszych, kasjerki…), a także nieproporcjonalne obciążenie kobiet obowiązkami domowymi domagają się uwzględnienia w polityce zwalczania pandemii, a następnie odbudowy po wywołanym nią kryzysie. W tej sytuacji dowartościowanie pracy opiekuńczej i reprodukcyjnej, a także innych sektorów sfeminizowanych w europejskich programach odbudowy gospodarczej i społecznej na kolejne lata mogłoby być jednym z filarów feministycznej wizji polityki zagranicznej. To tym bardziej istotne, że ze względu na strukturę demograficzną Polski, zapotrzebowanie na pracę opiekuńczą będzie już tylko rosnąć. To samo dotyczy polityki klimatycznej – korelacja między branżami i rodzajami pracy sfeminizowanej a poziomem emisji i śladem węglowym jest bardzo wyraźna.

Po drugie, feministyczny postulat odejścia od „suwerennościowego” paradygmatu stosunków międzynarodowych oraz nacisk na współzależności pluralistycznych społeczeństw w miejsce konkurencji zunifikowanych narodów zbiega się z dążeniem do ściślejszej europeizacji polityki energetycznej, w ramach której źródłem bezpieczeństwa jest raczej wspólny rynek energii niż autarkia. To samo dotyczy polityki obronnej, w ramach której łączenie potencjałów obronnych państw europejskich pozwala ograniczyć koszty i jednocześnie wzmocnić podmiotowość Unii Europejskiej na arenie globalnej, także w obliczu coraz bardziej agresywnych działań ze strony sąsiednich państw autorytarnych kierowanych przez patriarchalnych przywódców, vide Rosja Putina czy Turcja Erdoğana.

W tym miejscu konieczne jest pewne zastrzeżenie. Autorki Czy kobiety uratują świat? przywołują tezy manifestu najważniejszego europejskiego think-tanku zajmującego się feministyczną polityką zagraniczną, berlińsko-londyńskiego CFFP: „Za największe wyzwanie stojące na drodze do realizacji feministycznej polityki zagranicznej w UE autorki [związane z CFPP – przyp. MS] uznają rosnące zainteresowanie członków wspólnoty dalszą współpracą w obszarze obrony i wojskowości. Militarna narracja i praktyka UE znalazła  swój wyraz w powstaniu Europejskiego Funduszu Obrony. Jego powołanie stanowi oczywiste zaprzeczenie idei wyznawanych nie tylko przez ruchy pacyfistyczne, ale i feministyczne”.

Do tego wątku, jak mało którego, pasują słowa Kopki-Piątek i Reichardt, że „oczywiście nie należy zapominać, że Polska – jeśli kiedyś podejmie próbę realizacji feministycznej polityki zagranicznej – będzie ją wdrażać w odmiennym kontekście społeczno-politycznym”. Dla kraju o położeniu geograficznym Polski, którego nie zmieni najdalej nawet idąca zmiana dyskursu politycznego w Europie Zachodniej, europeizacja polityki obronnej Unii Europejskiej to akurat najlepsza droga umożliwiająca dowartościowanie (poprzez inną alokację środków budżetowych) zadań innych niż obronne w czysto wojskowym sensie – w tym branż opiekuńczych, edukacyjnych i innych związanych z reprodukcją społeczną. To zarazem szansa na jeszcze ściślejsze związanie Polski ze strukturami zachodnioeuropejskimi i tym samym zakorzenienie naszego państwa w liberalnym reżimie praw człowieka. Jednocześnie o tym, że feminizm nie musi zakładać pacyfizmu jako jednostronnego rozbrojenia mogą zaświadczyć przykłady równościowych społeczeństw nordyckich, rozwijających – jak Norwegia, Szwecja czy Finlandia – znaczny potencjał militarny, do tego wymierzony w zgodnym z naszymi interesami jako społeczeństwa kierunku.

Wreszcie, feminizm jako metanarracja dla polityki europejskiej – w tym zagranicznej – może nadać treść coraz bardziej jałowej i nieatrakcyjnej dla obywatelek i obywateli opowieści Unii Europejskiej o sobie samej. Ma to znaczenie dla polityki polskiej, w której „cywilizacyjna” dźwignia opowieści o naszym kraju w Europie wyraźnie straciła moc, ale także dla całej Unii, która nie potrafi – w obliczu ekspansji Chin i cyfrowych gigantów amerykańskich, jak również kryzysu pandemicznego – opowiedzieć sobie i światu własnej tożsamości. Feministyczna, „opiekuńcza” narracja dowartościowująca pracę reprodukcji społecznej i nadająca nową treść ideologii praw człowieka może być świetnym dopełnieniem wizji kontynentu neutralnego klimatycznie – jedynego dziś, w miarę spójnego dyskursu o UE skierowanej w przyszłość.

Feminizm jako fundament wizji polityki zagranicznej i europejskiej Polski tylko na pierwszy rzut oka – i pobieżną lekturę portali newsowych – wydaje się pomysłem z Księżyca. Najważniejsze założenia i wartości tego nurtu myślenia o świecie zbiegają się bowiem doskonale z najważniejszymi wyzwaniami społecznymi, cywilizacyjnymi i gospodarczymi dla Polski w Europie. Pytaniem otwartym pozostaje, jaka siła polityczna dostatecznie szybko rozpozna ten fakt; pewne jest natomiast, że badania Małgorzaty Kopki-Piątek i Iwony Reichardt z pewnością wydatnie jej w tym pomogą.

Zawarte w tekście poglądy i konkluzje wyrażają opinie autora i nie muszą odzwierciedlać stanowiska Fundacji im. Heinricha Bölla.