Podczas COP30 przywódcza rola Europy jest zagrożona. Ostatnie kroki wstecz w realizacji Zielonego Ładu i nowe zasady offsetowe sprawiają, że Unii Europejskiej trudniej jest przekonywać innych do zwiększenia ambicji.
Wraz z rozpoczęciem COP30 w Belém w tym tygodniu Unia Europejska (UE) stanęła przed decydującym sprawdzianem dla swojej wiarygodności klimatycznej. Od zawarcia porozumienia paryskiego konsekwentnie przedstawiała się jako most pomiędzy największymi globalnymi emitentami a państwami dotkniętymi zmianą klimatu – zaufany pośrednik, który potrafi wypracowywać konsensus tam, gdzie inni zawodzą.
Aby UE mogła nadal odgrywać tę rolę, jej ambicje klimatyczne muszą być jednak poparte szczerymi i spójnymi działaniami na własnym podwórku. Europejska delegacja dotarła do Amazonii – regionu, który ma kluczowe znaczenie dla debaty klimatycznej – w momencie, kiedy bieżące osłabianie Europejskiego Zielonego Ładu i wahania polityczne co do jego wdrożenia grożą podważeniem budowanego od lat wizerunku globalnego lidera klimatycznego.
Zobowiązanie w zakresie ograniczenia emisji do 2040 r. jest kruche
Porozumienie osiągnięte 5 listopada po ponad dwudziestu godzinach negocjacji między ministrami środowiska z dwudziestu siedmiu państw członkowskich bardzo dobrze ilustruje panujące napięcie. Mimo że UE formalnie utrzymała cel ograniczenia emisji gazów cieplarnianych o 90% do 2040 r., przewidziano teraz dużo „elastycznych rozwiązań”. Chodzi przede wszystkim o przepis, który pozwala państwom członkowskim na korzystanie z międzynarodowych jednostek emisji (tzw. „carbon credits”), dzięki którym będą mogły równoważyć nawet do 5% własnych emisji poprzez finansowanie projektów takich jak zalesianie czy wychwytywanie dwutlenku węgla poza UE.
W praktyce oznacza to, że ograniczenie emisji na terytorium samej UE wyniesie jedynie 85%. W pozostałym zakresie realizację celu będzie można zlecić krajom trzecim na podstawie art. 6 porozumienia paryskiego.
Stanowi to istotne odejście od stanowiska zajmowanego przez UE w ostatniej dekadzie. Po zawarciu porozumienia paryskiego Europa obiecała, że porzuci model szukania ograniczeń emisji poza swoimi granicami, który obowiązywał w czasach protokołu z Kioto. Po 2020 r. przestała akceptować międzynarodowe jednostki emisji i budowała Zielony Ład na jednej zasadzie – dekarbonizacja ma mieć miejsce w samej Europie. Offsetowanie traktowano jako relikt – narzędzie kojarzone z tanimi jednostkami emisji, mętną księgowością oraz poczuciem, że spycha się odpowiedzialność na innych.
Jednak wraz z zaostrzeniem krajowych polityk klimatycznych pomysł ten powrócił. Szereg rządów – w tym francuski i polski – zasygnalizowało publicznie poparcie dla powrotu do korzystania z międzynarodowych jednostek emisji. We wniosku Komisji dotyczącym celu ograniczenia emisji do 2040 r. sformalizowano tę zmianę, pozwalając na wykorzystywanie w ograniczonym zakresie jednostek emisji wysokiej jakości na podstawie art. 6 porozumienia paryskiego. Mimo że mechanizm ten jest zgodny z prawem, nieuchronnie osłabia własne wysiłki UE na rzecz łagodzenia skutków zmiany klimatu i rodzi głębsze pytanie – czy Europa może zachować wiarygodność, nakłaniając innych do zwiększania ambicji, jeśli sama spycha część spoczywającej na niej odpowiedzialności na innych?
Europa ryzykuje osłabieniem swojego autorytetu moralnego, starając się przekonać innych do podjęcia działań na większą skalę.
Ponieważ Unia Europejska od dawna szczyciła się wyznaczaniem globalnych standardów w zakresie ambicji klimatycznych, istnieje ryzyko, że ta elastyczność zostanie odebrana na arenie międzynarodowej jako krok wstecz. Sygnał, jaki wysyła do partnerów na Globalnym Południu, jest szczególnie wrażliwy i może zostać odebrany jako próba wykupienia się przez bogate gospodarki z konieczności prawdziwego ograniczania emisji. Decydując się na mechanizm taki jak offsetowanie, Europa ryzykuje osłabienie swojego autorytetu moralnego w momencie, kiedy stara się właśnie przekonać innych, by robili więcej.
Stracona szansa na wzmocnienie planu klimatycznego UE
Komisarz ds. klimatu Wopke Hoekstra utrzymywał, że UE nie ma nic do ukrycia, zwracając uwagę, że jedynie Wielka Brytania i Norwegia wyznaczyły ambitniejsze cele na szczeblu krajowym. Jego zdaniem wkład UE ustalony na poziomie krajowym – przyjęty wraz z celem na 2040 r. – świadczy o tym, że UE pozostaje liderem.
Jeśli przyjrzeć się jednak szczegółom, wyłania się z nich bardziej zniuansowany obraz. Przyjęty wkład ustalony na poziomie krajowym – zamiast zwiększać ambicje – utrzymuje poprzedni zakres ograniczenia emisji w latach 1990–2035 w przedziale od 66,25% do 72,5%. Szereg państw członkowskich, pod przywództwem Niemiec, domagało się przyjęcia wyższego celu na poziomie przynajmniej 70%, ostrzegając, że jakikolwiek niższy cel będzie stał na przeszkodzie osiągnieciu wyznaczonego w porozumieniu paryskim celu ograniczenia globalnego ocieplenia do 1,5°C. Ich propozycja została ostatecznie odrzucona – stracono szansę, co podkreśla rosnące podziały wewnętrzne w UE co do zakresu i prędkości zielonej transformacji.
Te wewnętrzne wahania pojawiają się w kluczowym momencie. W obliczu nadal rosnących globalnych emisji i nasilających się skutków klimatycznych wiarygodność coraz bardziej zależy nie od długoterminowych aspiracji, lecz od osiągania konkretnych wyników w najbliższej przyszłości. Jeżeli powstanie wrażenie, że cele UE są kwestią negocjacji lub że są kruche, istnieje ryzyko podważenia zaufania, które stanowi podstawę jej wpływów w międzynarodowej dyplomacji klimatycznej.
Wzywanie innych do działania w sytuacji, w której samemu nie spełnia się oczekiwań
Zaledwie na kilka tygodni przed COP30 komisarz Wopke Hoekstra krytykował poziom chińskich ambicji klimatycznych, stwierdzając, że jest on „wyraźnie niższy, niż byłoby możliwe i konieczne”. Obiecał, że Europa będzie nadal „zachęcać Chiny i inne państwa do wykraczania poza obecny poziom ambicji”. Chociaż takie wezwania do zwiększania wysiłków są uzasadnione, brzmią jak puste słowa w sytuacji, kiedy Europa sama właśnie ograniczyła swój własny plan. Nakłanianie innych do tego, by robili więcej, podczas gdy samemu obniża się poziom ambicji, szkodzi pod względem politycznym – w szczególności w wypadku UE, która przez długi czas pozycjonowała się jako lider w zakresie uczciwości klimatycznej.
Rola lidera jest zagrożona
Christiana Figueres, była sekretarz wykonawcza Ramowej konwencji Narodów Zjednoczonych w sprawie zmian klimatu (UNFCCC) i jedna z osób kształtujących porozumienie paryskie, ostrzega, że ważą się właśnie losy wiarygodności UE. Wyraziła zadowolenie z faktu, że nowy wkład ustalony na poziomie krajowym „wysyła jasny przekaz”, zgodnie z którym UE nadal dostosowuje swoje działania do celów wyznaczonych w porozumieniu paryskim i cieszy się przy tym poparciem całej sceny politycznej. Ostrzegła jednak, że „elastyczne rozwiązania włączone do ostatecznego brzmienia przepisów” nie mogą spowalniać wdrożenia ani też zaciemniać sygnałów zachęcających do inwestycji, napędzających gospodarkę w dobie transformacji.
Podobnie Stientje van Veldhoven, wiceprezeska i dyrektorka regionalna na Europę w Światowym Instytucie Zasobów (World Resources Institute, WRI), podkreśliła, że warunkiem wiarygodności celu wyznaczonego przez UE na 2035 r. jest dążenie przez nią do jego górnej granicy. Analizy WRI pokazują, że ograniczenie emisji o 72,5% do 2035 r. ma kluczowe znaczenie, aby utrzymać się na ścieżce prowadzącej do ograniczenia globalnego ocieplenia do 1,5°C. Nieosiągnięcie tego pułapu – jak ostrzegła Stientje van Veldhoven – doprowadzi po 2035 r. do powstania niewyobrażalnej luki i podważy zaufanie inwestorów i inwestorek do długofalowej transformacji w Europie.
Od mandatu politycznego do wahań
Ostatnie manewrowanie UE w zakresie celów klimatycznych to nie jedynie opóźnienie w harmonogramie – odzwierciedla ono głębszą przemianę. UE, która kiedyś przedstawiała się jako globalny wzór ambicji klimatycznych, skłania się obecnie ku wahaniom, elastyczności i bezpieczeństwu politycznemu. Pęknięcie to nie nastąpiło wraz z przyjęciem w tym roku nowego wkładu ustalonego na poziomie krajowym ani też w momencie toczących się w Radzie do późna w nocy negocjacji co do liczb. Rozpoczęło się wraz z cichym osłabianiem politycznego impetu napędzającego Europejski Zielony Ład.
Był krótki okres – mniej więcej między 2019 a 2022 r. – kiedy wydawało się, że Europa chce przyjmować przepisy w tempie, jakiego wymaga nauka o klimacie. Prawo o klimacie, pakiet „Gotowi na 55” (Fit for 55), reformy Europejskiego Systemu Handlu Emisjami (ETS), rozporządzenie w sprawie metanu, mechanizm dostosowywania cen na granicach z uwzględnieniem emisji CO2 (CBAM) – wszystkie te akty prawne łącznie stanowiły najpełniejsze klimatyczne ramy regulacyjne, jakie kiedykolwiek próbowano wprowadzić w jakiejkolwiek dużej gospodarce. Trwają spory co do tego, czy pakiet ten rzeczywiście był dostosowany do przewidzianych w porozumieniu paryskim wymogów, których spełnienie pozwoli ograniczyć globalne ocieplenie do 1,5°C, ale był to moment o kluczowym znaczeniu – zdecydowano się działać wcześnie, przyjąć agresywne regulacje i potraktować dekarbonizację jako strukturalny projekt polityczny, społeczny i gospodarczy.
Ochrona klimatu – od przedmiotu konsensusu do przedmiotu sporu, od domyślnego stanowiska do defensywy.
Sytuację tę ukształtowały presja wywierana na ulicach, Parlament Europejski z wyraźną proklimatyczną większością oraz Komisja, która uważała ambicje klimatyczne za swój mandat. Nie traktowano klimatu jako obszaru niszowego. Był on motywem przewodnim cyklu politycznego.
Potem nastąpiło przesunięcie polityczne. Działania wynikające z konieczności odbudowy gospodarki po pandemii, rosyjska inwazja wobec Ukrainy, inflacja i szok na rynku energetycznym doprowadziły do zmiany priorytetów. Protesty rolnicze we Francji, Niemczech, Polsce i Belgii przekształciły politykę klimatyczną w kulturową linię podziału. Transformację, którą kiedyś uznawano za przewagę konkurencyjną Europy i jej kapitał moralny za granicą, zaczęto przedstawiać w państwach członkowskich jako obciążenie gospodarcze i źródło niezadowolenia środowisk rolniczych. W konsekwencji konsensus klimatyczny zamienił się w spór, a działania klimatyczne, które kiedyś wyznaczały domyślne stanowisko, przeszły do defensywy.
Ten zwrot nie wziął się znikąd – został zorganizowany, a następnie nagrodzony przy urnach wyborczych. Rolnicze związki zawodowe wywalczyły wyłączenia, a interesy branży motoryzacyjnej zabezpieczono w drodze ustępstw pod hasłem „neutralności technologicznej”. Zanim w wyborach w 2024 r. wyłoniono wyraźnie bardziej prawicowy skład Parlamentu Europejskiego, narracja klimatyczna zmieniła punkt ciężkości – z transformacji przesunięto go na dobieranie odpowiedniego tempa, z obowiązku na „proporcjonalność” – a nowi posłowie i nowe posłanki jedynie przyśpieszyli ten proces.
W 2015 r. UE pomogła w zawarciu porozumienia paryskiego. Dekadę później analitycy i analityczki twierdzą, że wspólnocie trudno jest utrzymać swoje działania w duchu, który kiedyś sama promowała i który cechowały ambicje poparte efektami skutecznych działań, bezwzględnie obowiązujące przepisy bez możliwości uchylania się od ich zastosowania oraz zarządzanie klimatem w sposób niezależny od krótkoterminowych celów politycznych. Napięcie to widać nie tylko w opóźnionych wkładach określanych na poziomie krajowym i zakwestionowanych celach na 2040 r., ale w całym szeregu kwestii klimatycznych, które znalazły się obecnie pod presją.
Refleks gazowy Europy
Napięcie między deklarowanymi ambicjami a ostrożnością polityczną widać równie wyraźnie w energetyce, która ma stanowić podstawę transformacji w UE. Na papierze wspólnota opowiada się za globalnym wycofaniem się z paliw kopalnych. W praktyce obawy związane z bezpieczeństwem energetycznym doprowadziły jednak do przywrócenia inwestycji, które – jak kiedyś mówiono w UE – należały już do przeszłości.
Odejście Europy od rosyjskiego gazu po 2022 r. było szybkie i nieuniknione pod względem politycznym. Prowizorki bywają jednak najtrwalsze. Zmiana oznaczała zastąpienie gazu docierającego ze wschodu przez gazociągi skroplonym gazem ziemnym ze Stanów Zjednoczonych. Niemcy wybudowały ważne terminale służące importowi gazu w niespotykanym wcześniej tempie. Amerykański LNG – w większości pochodzący ze złóż łupkowych – stał się nową podstawą bezpieczeństwa energetycznego w Europie. Do 2025 r. Stany Zjednoczone odpowiadały za około 70% importu LNG do UE – w porównaniu z około 50% w okresie 2023–2024. Dostawy osiągnęły rekordowe poziomy. Rząd niemiecki przedstawiał rozbudowę infrastruktury gazowej jako rozwiązanie pomostowe, a nie obranie nowego kierunku. Terminale LNG mają jednak długą żywotność, a w energetyce rzadko wycofuje się z użytku infrastrukturę w ciszy.
Europa potrzebowała lat, by zmniejszyć swoją zależność od Rosji, a zrobiła to tylko po to, by pogłębić zależność od niestabilnej sceny politycznej w USA. Tymczasem społeczności mieszkające wzdłuż wybrzeża Zatoki Meksykańskiej, gdzie skupiają się terminale eksportowe, mają wynikające z europejskiego popytu problemy z zanieczyszczeniem, presją na wykupowanie gruntów oraz wpływem na zdrowie publiczne.
Kiedy UE buduje nowe rurociągi, nalegając jednocześnie, by inni wycofali się z paliw kopalnych, jej przekaz staje się niejasny.
Lasy obiecano, lasy sprzedano
Wahania Europy nie ograniczają się do energetyki. Ten sam schemat działania pojawia się w odniesieniu do ziemi i lasów – kwestii, które będą kluczowym elementem negocjacji w Belém, w cieniu Amazonii.
Polityka leśna UE miała być najwyraźniejszym dowodem na to, że Europa mogłaby dostosować swoją konsumpcję do zasad klimatycznych — obiecywano, że produkty powiązane z wylesianiem nie będą już trafiać na europejskie rynki. Kiedy przyjęto ją w 2023 r., została okrzyknięta pierwszym tego rodzaju rozwiązaniem na świecie. Europa miała już nie wpuszczać na swoje rynki soi, wołowiny, kakao, kawy, oleju palmowego czy drewna powiązanych z niszczeniem lasów.
Każde opóźnienie sprawia, że rynek pozostaje otwarty na produkty powiązane z wylesianiem.
Następnie pojawił się ostry sprzeciw. Lobby rolnicze ostrzegało przed biurokracją, wiele rządów naciskało na przesuwanie terminów, a państwa eksportujące określały nowe przepisy jako protekcjonizm. Pod koniec 2024 r. Komisja zmieniła ton, co wynikało z mobilizacji środowisk rolniczych i wpływu wyborów na zmianę priorytetów. Przesuwano terminy i rozkładano realizację w czasie. W październiku 2024 r. rządy państw członkowskich UE uzgodniły, że przesuną pełne zastosowanie przepisów o rok, a jesienią 2025 r. Komisja złagodziła wymagania dotyczące drobnych rolników, formalnie utrzymując 2025 rok jako rok wejścia przepisów w życie. W chwili pisania niniejszego artykułu los tego aktu prawnego pozostaje jednak niepewny, ponieważ w instytucjach UE znów pojawiła się presja, aby po raz kolejny opóźnić lub osłabić implementację.
Każde opóźnienie sprawia, że rynek pozostaje otwarty na produkty powiązane z wylesianiem. Daje to przedsiębiorstwom produkcyjnym czas, by wyciąć drzewa, zanim przepisy wejdą w życie, osłabia pozycję ludów tubylczych oraz obrońców i obrończyń środowiska, a także wysyła do agrobiznesu sygnał, że ciągłe wywieranie presji się sprawdza, a do partnerów i partnerek handlowych – że Bruksela się ugina, kiedy koszty rosną.
UE od dawna mówi o tym, że ochrona Amazonii – w tym ochrona praw ludów tubylczych – stanowią wspólny globalny priorytet, wzywając do wzmocnienia mechanizmów zabezpieczających lasy i ludzi. Tymczasem w przededniu COP w Amazonii UE przybywa na szczyt, prosząc o zaufanie, mimo że sama łagodzi w tym czasie własne przepisy, które były wcześniej dowodem jej wiarygodności.
Mercosur: najpierw handel, potem lasy
Podczas COP30 wiarygodność UE w zakresie ochrony lasów będzie poddawana próbie na dwóch frontach jednocześnie. Bruksela właśnie opóźniła wejście w życie własnych przepisów dotyczących wymogu, by produkty, które trafiają na rynek europejski, nie powodowały wylesiania, lub złagodziła ich charakter, ale też wróciła do tematu porozumienia handlowego między UE a Mercosurem, które wielu uważa za umowę zwiększającą dostęp do dóbr powiązanych z wylesianiem w Amazonii i Cerrado.
Negocjacje nad porozumieniem rozpoczęły się dekady temu – pierwsze rozmowy odbyły się w 1999 r., kiedy polityka klimatyczna nie odgrywała jeszcze większej roli w europejskiej polityce handlowej. Po latach stagnacji pod koniec drugiej dekady XXI wieku porozumienie znów stało się priorytetem politycznym – UE chciała sfinalizować negocjacje i zawrzeć porozumienie najpierw w 2019 r., a potem w kolejnych latach.
Kluczowe założenia ekonomiczne porozumienia nie uległy jednak żadnej zasadniczej zmianie – nadal przewiduje ono niższe cła i większy dostęp do rynku UE dla wołowiny, soi, etanolu i innych eksportowych produktów rolnych. Ponieważ umowa powróciła na szczyt agendy UE, w samej Amazonii i – szerzej – w całym regionie Mercosur organizacje reprezentujące ludy tubylcze i zajmujące się ochroną środowiska w Brazylii ostrzegły, że wiąże się to z ryzykiem nasilenia presji na przejmowanie gruntów, wylesiania i przemocy wobec osób broniących swojej ziemi.
UE już kiedyś przyznała, że te obawy są zasadne. Kiedy poprzednim razem dążono do finalizacji negocjacji w sprawie porozumienia w latach 2020–2022, Francja wyraziła sprzeciw z związku z wylesianiem, Austria odrzuciła porozumienie ze względu na ryzyko wylesiania i chęć ochrony klimatu, a Parlament Europejski oświadczył, że nie może poprzeć tekstu umowy „w jego aktualnym brzmieniu”.
Po obu stronach nastąpiły zmiany polityczne. Odkąd Lula ponownie objął władzę w 2023 r., Brazylia broni swojej suwerenności i przestrzeni do rozwoju, ostrzegając, że przepisy UE dotyczące wylesiania mogą ograniczyć handel. Tymczasem w Europie, kiedy Komisja wróciła do negocjacji w 2023 r., europejskie organizacje pozarządowe wyraziły krytykę wobec projektu umowy z dokładnie odwrotnych powodów – podnoszono, że klauzule dotyczące zrównoważonego rozwoju są „niemożliwe do wyegzekwowania” i stanowią „greenwashing”.
Niemniej jednak Bruksela kontynuowała prace nad porozumieniem w latach 2023–2025, dodając kolejne deklaracje, ale nie zmieniając zasadniczo zachęt towarowych. Za granicą robi to bardzo złe wrażenie, zwłaszcza w połączeniu z rocznym opóźnieniem wejścia w życie własnych przepisów UE dotyczących zapobiegania wylesianiu i przewidzeniem w nich większej elastyczności w latach 2024–2025.
Regres w zakresie pociągania przedsiębiorstw do odpowiedzialności
Ochrona lasów to nie jedyny obszar, w którym Europa obiecywała dbanie o wysokie standardy zarówno na własnym podwórku, jak i poza swoimi granicami, a następnie wycofała się z tych obietnic, kiedy nastąpiły zmiany polityczne. Podobny odwrót miał miejsce na jeszcze jednym froncie – w zakresie pociągania europejskich przedsiębiorstw do odpowiedzialności za szkody wyrządzane w globalnych łańcuchach dostaw.
Dyrektywa w sprawie należytej staranności przedsiębiorstw w zakresie zrównoważonego rozwoju miała być europejską odpowiedzią na prostą prawdę – jeżeli przedsiębiorstwa z UE korzystają z globalnych łańcuchów dostaw, muszą również ponosić odpowiedzialność za nadużycia i szkody środowiskowe, jakie łańcuchy te mogą powodować — począwszy od kopalni w Ameryce Południowej poprzez szwalnie w Azji aż po agrobiznes w Afryce Zachodniej. Potrzeba przyjęcia regulacji w tym zakresie nie była bynajmniej wyłącznie teoretyczna – europejskie przedsiębiorstwa wiązano z pracą przymusową, grabieżą ziemi, toksycznymi zanieczyszczeniami i represjami wobec osób broniących ziemi i wody.
Zmniejszono zakres. Złagodzono odpowiedzialność. Osłabiono możliwości egzekwowania przepisów. Całe sektory wymknęły się spod kontroli.
Miesiące skoordynowanych działań nastawionych na wycofanie progresywnych rozwiązań – pod przywództwem Niemiec i Francji i przy wsparciu ze strony korporacyjnego lobby – ograniczyły brzmienie przepisów na samym finiszu. Zmniejszono zakres. Złagodzono odpowiedzialność. Osłabiono możliwości egzekwowania przepisów. Całe sektory wymknęły się spod kontroli. W ostatecznym kształcie dyrektywa ma zastosowanie do bardzo dużych przedsiębiorstw, zatrudniających ponad 1000 osób i generujących globalny obrót na poziomie 450 mln euro, co wyłącza znaczną część przedsiębiorstw prowadzących działalność w UE. Ograniczono również kluczowe obowiązki dotyczące sektorów wysokiego ryzyka takich jak sektor finansowy. Przepisy odnoszące się do odpowiedzialności cywilnej osłabiono, ograniczając możliwości dochodzenia sprawiedliwości przez społeczności poszkodowane wskutek działalności powiązanej z UE.
To niesamowita zbieżność w czasie, biorąc pod uwagę, że COP30 odbywa się w Amazonii, gdzie ekspansja agrobiznesu, wylesianie i przemoc wobec osób broniących ludów tubylczych pozostają codzienną rzeczywistością.
Krok w tył na własnym podwórku – rozmontowywanie Zielonego Ładu
Debata na temat wiarygodności nie kończy się na granicach Europy. Apelując do innych o przyśpieszenie podczas COP30, UE w tym samym czasie zaczęła rozluźniać regulacje dotyczące jej własnej transformacji. Zielony Ład przedstawiano jako rozwiązanie strukturalne – miało chodzić o zmianę sposobu, w jaki ludzie w Europie rozwijają gospodarkę, odżywiają się i przemieszczają. Filary pozostały, ale rusztowanie zaczęło się trząść.
Rolnictwo stało się najbardziej widoczną linią podziału. We Wspólnej Polityce Rolnej — przez długi czas krytykowanej za premiowanie areału kosztem zrównoważonego rozwoju — osłabiono zielone założenia w 2024 r. (wprowadzając więcej elastyczności w zakresie norm dobrej kultury rolnej zgodnej z ochroną środowiska oraz wyłączenia dla małych gospodarstw), a wskutek protestów Komisja całkowicie wycofała wniosek dotyczący ograniczenia stosowania pestycydów. We Francji rząd przyznał ulgi podatkowe na olej napędowy do maszyn rolniczych, co jest symbolem szerszego zwrotu politycznego w kierunku ulg, a nie reform.
Polityka dotycząca ochrony środowiska znalazła się pod podobną presją. Unijny akt prawny o odbudowie zasobów przyrodniczych – pierwsze unijne przepisy zobowiązujące państwa członkowskie do odbudowy zniszczonych ekosystemów takich jak tereny podmokłe, lasy, rzeki i ziemie uprawne – przetrwał i wszedł w życie w sierpniu 2024 r. Wcześniej pierwotny projekt został jednak złagodzony poprzez wprowadzenie większej elastyczności i dłuższych terminów, co było skutkiem wielomiesięcznych nacisków ze strony prawicy.
W polityce transportowej nastąpiło przejście od rozwiązań mających zrewolucjonizować system do zaspokajania bieżących potrzeb. Wycofanie silników spalinowych do 2035 r. – kiedyś jasno określony cel – znów stało się przedmiotem negocjacji, aby po naciskach ze strony Niemiec zezwolono na używanie pojazdów napędzanych wyłącznie paliwem syntetycznym (zrobiono to poprzez specjalną ścieżkę prawną pozostającą do dyspozycji Komisji). We Francji przyjęto przepisy krajowe osłabiające lub całkowicie likwidujące strefy niskich emisji w wielu miastach, co zapowiada odwrót na szczeblu lokalnym.
Najbardziej zdecydowane zmiany dotyczyły priorytetów budżetowych. W odniesieniu do budżetu UE na lata 2028–2034 Komisja zaproponowała utworzenie nowego Europejskiego Funduszu Konkurencyjności, który pozwoliłby na połączenie i skonsolidowanie istniejących obecnie programów. Społeczeństwo obywatelskie i analizy think-tanków ostrzegają, że wspomniany fundusz wchłonie również program LIFE – jedyny fundusz UE przeznaczony na ochronę bioróżnorodności i klimatu, począwszy od 2028 r. umieszczając go w jednym worku obejmującym szerszą politykę przemysłową (trwają rozmowy o przedłożonej propozycji, nie podjęto jeszcze decyzji). Organizacje zajmujące się ochroną środowiska takie jak European Environmental Bureau (EEB) ostrzegły, że „włączenie tego, co pozostało, do szerszego funduszu konkurencji, przy ograniczeniu środków na ochronę bioróżnorodności i środowiska, wypatroszy jedno z najbardziej skutecznych narzędzi UE w czasie, kiedy jest ono najbardziej potrzebne”. Trwają negocjacje nad projektem budżetu, ale jego zarys jest jasny i budzi kontrowersje.
I wreszcie rozwiązania w zakresie finansów – kiedyś podstawa napędzająca wdrażanie Zielonego Ładu – obecnie wyhamowały i przeszły do defensywy. Kluczowy filar Zielonego Ładu miał polegać na stworzeniu dźwigni finansowej dla transformacji – przekierowaniu kapitału z modeli działalności opartych na zużywaniu znacznej ilości paliw kopalnych do sektorów dostosowanych do wymogów związanych z ochroną klimatu. Tempo tych działań obecnie zmalało. Unijny prawodawca zgodził się na przesunięcie o dwa lata daty wejścia w życie sektorowych standardów sprawozdawczości w zakresie zrównoważonego rozwoju w ramach dyrektywy w sprawie należytej staranności przedsiębiorstw w zakresie zrównoważonego rozwoju oraz na uproszczenie wymogów sprawozdawczych – przedstawiano to jako działania zmniejszające obciążenia dla biznesu, ale działacze i działaczki uważają, że chodzi tak naprawdę o osłabienie odpowiedzialności przedsiębiorstw i ograniczenie przejrzystości.
Oddech historii na plecach
UE nie przyjeżdża na COP30 jako neutralny uczestnik. Jest to wspólnota, której członkowie zbudowali dobrobyt poprzez grabież ziemi, pracy i energii ze źródeł kopalnych i która pozostaje jednym z największych emitentów w historii świata. Legitymizacja Europy do prowadzenia działań dyplomatycznych dotyczących klimatu nigdy nie polegała na neutralności – zawsze chodziło o wolę naprawienia wyrządzonych szkód i krzywd. Chciano postawić na wczesną dekarbonizację, finansowanie transformacji w innych krajach i wyznaczanie zasad, których zakres obowiązywania wychodzi poza granice UE. Przez pewien czas Zielony Ład pomagał utrzymać tę narrację. Europa mogła mówić, że nie tylko wymaga ambicji od innych, ale też sama podejmuje ryzyko polityczne i gospodarcze.
Legitymizacja Europy do prowadzenia działań dyplomatycznych dotyczących klimatu nigdy nie polegała na neutralności – zawsze chodziło o wolę naprawienia wyrządzonych szkód i krzywd.
Legitymizacja nie jest jednak dobrem, które można dziedziczyć – wynika z bilansu finansowego. Wycofanie się w kierunku ostrożnego, wyczekującego stanowiska, luki prawne i merkantylizm klimatyczny zaostrzają starą krytykę słyszaną na całym Globalnym Południu – przywództwo Europy kończy się tam, gdzie zaczyna się jej wygoda. Podczas COP30 w Belém — w Amazonii — nie sposób uniknąć takiego osądu. Szczyt odbywa się w regionie ukształtowanym przez wyzysk kolonialny, przemoc ekologiczną i nieustanną walkę o sprawiedliwość w dostępie do ziemi. Europa będzie apelować o zaufanie, ambitne podejście i ochronę lasów. Wiele osób będzie się przyglądać, czy za tą retoryką stoi odpowiadająca jej konsekwencja w działaniu.
Podsumowanie i wybór
W tym roku COP30 odbywa się w zupełnie innej rzeczywistości klimatycznej. Ziemia zbliża się do pierwszego punktu krytycznego. W 2024 r. wzrost globalnej temperatury po raz pierwszy przekroczył 1,5°C w porównaniu z poziomem sprzed industrializacji. Nie da się już uniknąć trwałego przekraczania tego progu, który był najambitniejszym celem wyznaczonym w porozumieniu paryskim, jak przyznał ostatnio sekretarz generalny ONZ António Guterres.
Prawie dziesięć lat po zawarciu porozumienia paryskiego szczyt odbędzie się w zupełnie innym kontekście geopolitycznym w porównaniu z tym, który istniał 12 grudnia 2015 r. Dzisiaj definiuje go przede wszystkim ponowne wycofanie się Stanów Zjednoczonych, które obecnie otwarcie grożą retorsjami handlowymi, wywierając na inne kraje presję, by obniżały poziom ambicji. Zmiana ta następuje w okresie nasilających się konfliktów i wojen handlowych, a także zaostrzającej się konkurencji w walce o dostęp do metali ziem rzadkich i minerałów niezbędnych w transformacji energetycznej.
W Belém będzie się oceniać Europę nie na podstawie wygłaszanych przemówień, lecz kierunków faktycznie podejmowanych działań.
W tym kontekście wyzwanie, przed którym stoi Europa, nie ma charakteru technicznego. Jest to wyzwanie polityczne. Narzędzia są dostępne – przepisy, finanse, instytucje, jasne wnioski wynikające z badań naukowych. Brakuje nie wiedzy, tylko stanowczości – chęci, by traktować klimat nie jako etap w polityce, lecz jako wiodącą zasadę, którą kierujemy się w gospodarce i dyplomacji.
Jeśli Europa chce przemawiać w Belém w imieniu planety, musi pokazać, że nadal wierzy w składane kiedyś obietnice – zarówno za granicą, jak i na własnym podwórku. Kolejny etap pokaże, czy europejski projekt klimatyczny ulegnie zmianie, czy też całkowicie się załamie – czy wahania wejdą w nawyk oraz czy odpowiedzialność pozostanie wyznawaną zasadą, czy też może stanie się tylko sloganem. W Belém będzie się oceniać Europę nie na podstawie wygłaszanych przemówień, lecz kierunków faktycznie podejmowanych działań. Zielony Ład rozpoczął się jako obietnica złożona światu. Europa zasłuży sobie na prawo do przywództwa, jeśli dotrzyma jej w pełni, a nie wybiórczo.
Ten artykuł pojawił sie pierwotnie na stronie: www.boell.de