W przededniu wyborów na Węgrzech w 2026 roku walka o władzę toczy się nie tylko na wiecach, ale także na billboardach, w studiach telewizyjnych i w mediach społecznościowych. Po ponad dekadzie zawłaszczania mediów przez administrację premiera Viktora Orbána krytycy ostrzegają, że ściśle kontrolowana przestrzeń medialna grozi zmianą charakteru głosowania. Według nich wybory mogą stać się testem nie tyle rzeczywistego poparcia politycznego, co zasięgu propagandy. Mimo to, kluczowe pytanie pozostaje bez odpowiedzi: co wydarzy się później?
„Kłamią wam za wasze własne pieniądze”. W pierwszych dniach 2026 roku Budapeszt obudził się w otoczeniu niecodziennych billboardów. W całym mieście pojawiły się plakaty przedstawiające znane twarze dziennikarzy i blogerów z prorządowych mediów, z których każdy trzymał w dłoni plik banknotów.
Kampanię zorganizowała opozycyjna partia Momentum, a jej przesłanie było jednoznaczne: byli to „propagandziści opłacani ze środków publicznych”, których zamierzano wykorzystać do wpłynięcia na wynik wyborów w 2026 roku. Partia Momentum, która postanowiła nie startować w wyborach, twierdzi, że te billboardy to dopiero początek. Kolejnym krokiem ma być wystawa objazdowa, której celem jest przekazanie „prawdy” wyborcom, którzy – zdaniem partii – słyszą głównie rządową wersję rzeczywistości.
Ten chwyt wzbudził zdziwienie, ale też dotknął głębszego niepokoju: rosnącego poczucia, że krajobraz medialny został tak całkowicie opanowany przez państwo, że wybory nie toczą się już na równych zasadach.
Przekształcony rynek mediów
Odkąd Orbán powrócił do władzy w 2010 roku, dysponując zdecydowaną większością w parlamencie, jego partia Fidesz wraz z mniejszym partnerem koalicyjnym, Chrześcijańskimi Demokratami (KDNP), konsekwentnie przekształcała węgierski system medialny. Przeprowadzono gruntowną nowelizację węgierskiej ustawy medialnej, w organie nadzorującym media umieszczono lojalistów, a także umocniono kontrolę nad nadawcą publicznym MTVA. W wyniku tych działań pracę straciło ponad 1000 dziennikarzy.
Najbardziej dramatyczna zmiana nastąpiła w 2018 roku. Przychylni rządowi przedsiębiorcy przekazali dziesiątki mediów, które nabyli na przestrzeni lat, jednej jednostce – Środkowoeuropejskiej Fundacji Prasy i Mediów (KESMA). Ten prorządowy koncern medialny liczy obecnie ponad 470 mediów, z których wszystkie propagują różne warianty tej samej narracji rządowej.
Do 2025 roku nawet ten proces nie został jeszcze do końca zakończony. Indamedia, wydawnictwo również pozostające pod wpływem rządu, przejęło „Blikk”, najczęściej czytany tabloid w kraju. Niedługo potem ogłoszono zamknięcie węgierskiej sekcji Radia Wolna Europa, co doskonale zbiegło się w czasie z wizytą Orbána u Donalda Trumpa w Waszyngtonie. Trudno było nie dostrzec politycznego przesłania.
W rezultacie powstał system propagandowy, który praktycznie nie ma żadnych ograniczeń finansowych. Tylko w pierwszych sześciu miesiącach 2025 roku MTVA otrzymała około 80 mld forintów (207 mln euro) z funduszy publicznych. Reklama państwowa dodatkowo wspiera szeroko pojętą prasę prorządową. Ponieważ węgierski rząd jest największym reklamodawcą w kraju, to on faktycznie decyduje, które media przetrwają, a które będą borykać się z trudnościami. Badania przeprowadzone przez Mérték Media Monitor sugerują, że nawet 90% środków z reklam państwowych trafia do mediów popierających Fidesz.
Praca na zgliszczach?
Niezależne dziennikarstwo nie zniknęło z Węgier, ale funkcjonuje pod nieustanną presją finansową i polityczną. Reporterom rutynowo odmawia się dostępu do informacji. Są oni wykluczani z konferencji prasowych, w tym tych organizowanych przez premiera. Ministerstwa po cichu usuwają numery telefonów ze swoich stron internetowych, zastępując je scentralizowanymi adresami e-mail, często pozostającymi bez odpowiedzi.
Wnioski o udzielenie informacji publicznej są opóźniane lub ignorowane, co zmusza redakcje do długotrwałych batalii prawnych. Niektórzy dziennikarze padli ofiarą oprogramowania szpiegowskiego Pegasus. Coraz częściej prowadzone są kampanie oszczerstw przeciwko niezależnym reporterom, a czołowi politycy partii Fidesz otwarcie oskarżają ich o działanie na rzecz obcych służb.
Utworzone niedawno przez rząd Biuro Ochrony Suwerenności dodatkowo wzmocniło tę presję na płaszczyźnie instytucjonalnej, publikując raporty, w których publicznie piętnuje dziennikarzy, którzy według niego podważają suwerenność Węgier. Równolegle projekt ustawy o "transparentności życia publicznego" umożliwiłby państwu umieszczanie na czarnej liście, finansowe osłabianie, a nawet zamykanie mediów i organizacji pozarządowych otrzymujących zagraniczne fundusze. Projekt ten został na razie odłożony na półkę, ale mało kto wątpi, że może zostać ponownie podjęty w niedalekim czasie.
Wielu dziennikarzy odeszło od zawodu. Ci, którzy pozostali, czasami określają siebie, pół żartem, pół serio, mianem „rozbitków”: ocalałych z redakcji pochłoniętych przez właścicieli sprzyjających rządowi. Reklamy są rzadkością, płace są niskie, a niepewność finansowa jest normą. Aby utrzymać się na powierzchni, niezależne media zwróciły się ku płatnym treściom, dotacjom i darowiznom od czytelników.
Eskalacja przed wyborami
W związku z wyborami parlamentarnymi zaplanowanymi na kwiecień 2026 r. większość analityków spodziewa się nasilenia tych nacisków. Punktem zapalnym jest Péter Magyar, były członek Fideszu i były mąż byłej minister sprawiedliwości Judit Vargi, który obecnie stoi na czele nowo utworzonej partii Tisza. Pomimo miesięcy nieprzychylnych relacji w mediach sondaże opinii publicznej wskazują, że Tisza ma dwucyfrową przewagę nad Fideszem – jest to niepokojąca sytuacja dla partii rządzącej, która nie ma doświadczenia w radzeniu sobie z poważnymi zagrożeniami wyborczymi.
Warunki gry od początku nie były równe. Publiczna telewizja i radio funkcjonują jako tuby propagandowe rządu. Politycy opozycji są praktycznie nieobecni, z wyjątkiem pięciu minut czasu antenowego przed wyborami, na które mają prawo zgodnie z prawem. Jeśli członkowie opozycji pojawiają się w mediach, są zazwyczaj przedstawiani w negatywnym świetle. Dystrybucja wiadomości jest ściśle scentralizowana: państwowa agencja informacyjna dostarcza treści nie tylko do gazet i stacji telewizyjnych, ale nawet do krótkich serwisów informacyjnych nadawanych w muzycznych stacjach radiowych.
Wraz ze wzrostem popularności Magyara media przychylne rządowi szybko przystąpiły do jego dyskredytowania. Jest on regularnie przedstawiany jako marionetka w rękach zagranicznych interesów, czy to brukselskich biurokratów, czy zachodnich elit politycznych.
W zeszłym roku serwis Index – niegdyś niezależny portal informacyjny, a obecnie część prorządowego ekosystemu – opublikował rzekomą wewnętrzną notatkę Tiszy, w której nakreślono plany podwyższenia podatku dochodowego. Dokument wyglądał na wygenerowany przez sztuczną inteligencję. Magyar zaprzeczył tym zarzutom i wygrał sprawę w sądzie pierwszej instancji, ale historia ta była powtarzana w mediach rządowych, stając się podstawą skoordynowanej kampanii.
Tabloid „Bors” ogłosił nawet plany dystrybucji czterech milionów bezpłatnych egzemplarzy specjalnego wydania ostrzegającego czytelników przed tak zwanym „podatkiem Tisza”. Sąd tymczasowo zablokował dystrybucję. „Bors” zareagował oskarżając wymiar sprawiedliwości o atak na wolność prasy, podczas gdy sami członkowie rządu zaczęli rozdawać egzemplarze zakazanego wydania.
Front internetowy
Kontrola zaostrza się również w przestrzeni internetowej, głównie w mediach społecznościowych. Partia Fidesz od dawna dominuje na Facebooku, gdzie Orbán ma ponad 1,5 miliona obserwujących, a posty rządowe są regularnie promowane. Według think tanku Political Capital do końca września 2025 r. na reklamę polityczną wydano 10,6 mln euro, z czego 87% tej kwoty przypadało na podmioty powiązane z rządem.
Kiedy Meta, właściciel Facebooka, w październiku 2025 r. zaprzestała wyświetlania płatnych reklam politycznych w UE, Fidesz ledwo zwolnił tempo, ale zaczął stosować nowe metody. Partia założyła prorządowe „cyfrowe kręgi obywatelskie” – w praktyce sieć komentatorów wzmacniających zaakceptowane komunikaty. Do systemu włączono blogerów i influencerów, kierując działania szczególnie do młodszych wyborców, grupy, w której rząd cieszy się bardzo małą popularnością.
Wbrew wszelkim przeciwnościom
Nie dysponując porównywalnymi zasobami, Magyar i inni przedstawiciele opozycji nie mają innego wyboru, jak improwizować. Lider partii Tisza w dużym stopniu polega na mediach społecznościowych, często pojawia się w nielicznych jeszcze niezależnych mediach i spędza większość czasu w terenie. Mimo to dominacja Fideszu w mediach zaczyna znajdować odzwierciedlenie w sondażach. Do grudnia 2025 r. przewaga Tiszy zmniejszyła się, czemu sprzyjały hojne wypłaty gotówki skierowane do emerytów, kobiet i wyborców z obszarów wiejskich. Jednak nowe sondaże ze stycznia ponownie wykazały wyraźną przewagę Tiszy.
Wiejskie obszary Węgier pozostają szczególnie trudnym terenem dla opozycji. Starsi wyborcy spoza miast w dużym stopniu polegają na telewizji publicznej i rzadziej korzystają z internetu, co czyni ich bardziej podatnymi na dezinformację. Dzięki ścisłej kontroli nad mediami publicznymi i regionalnymi Fidesz może z łatwością docierać do nich ze swoim przekazem, niezależnie od tego, czy tematem jest opozycja, czy wojna na Ukrainie.
Reakcja Tiszy jest ograniczona, ale energiczna. Partia rozpoczęła dystrybucję bezpłatnej gazety, a Magyar wyruszył w niemal nieustanną trasę po miastach i wsiach. Jednak nie wiadomo, czy uda się w ten sposób przeciwstawić się wspieranej przez państwo machinie propagandowej.
Wolne, ale nieuczciwe
Misja obserwacyjna OBWE podczas wyborów w 2022 roku stwierdziła, że wybory na Węgrzech są zagrożone z powodu braku równych szans. Biorąc pod uwagę, że kontrola nad mediami jest obecnie silniejsza niż kiedykolwiek, nie ma powodu, by spodziewać się innego werdyktu w kwietniu 2026 roku.
Wpływ Unii Europejskiej jest ograniczony. Wszczęto postępowania w sprawie naruszenia przepisów europejskiego aktu o wolności mediów oraz w sprawie węgierskiej ustawy o suwerenności, ale żadna z tych spraw nie osiągnie decydującego etapu przed kwietniowymi wyborami. Nawet zamknięcie Biura Ochrony Suwerenności tylko nieznacznie złagodziłoby presję wywieraną na dziennikarzy.
Nie wiadomo też, co stanie się później. Kolejne zwycięstwo Fideszu potwierdziłoby skuteczność tej strategii, a niezależne media mogłyby spodziewać się pogorszenia warunków. Zwycięstwo Magyara spowodowałoby pojawienie się innego szeregu problemów. Bez większości dwóch trzecich głosów likwidacja systemu propagandowego przebiegałaby powoli i wiązałaby się z napięciami politycznymi. Lider partii obiecał, że nie zamknie prorządowych mediów, ale zapowiedział, że skończy się ich finansowanie ze środków państwowych. Podkreśla również, że nie chce zastąpić jednej lojalnej stacji publicznej inną, ale odbudować prawdziwie obiektywną – co nieuchronnie wiązałoby się z gruntownymi zmianami kadrowymi i strukturalnymi.
Tak czy inaczej, skutki są już widoczne. Według raportu Reuters Institute „2024 Digital News Report” zaufanie do mediów informacyjnych na Węgrzech jest najniższe w Europie. Tylko 23% respondentów stwierdziło, że ufa większości wiadomości przez większość czasu. Ktokolwiek wygra w 2026 r., odwrócenie tego kryzysu zaufania prawdopodobnie zajmie wiele lat.
Ten artykuł pojawił sie pierwotnie na stronie: cz.boell.org